Król Lew PBF
Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Wersja do druku

+- Król Lew PBF (//pbf.krollew.pl)
+-- Dział: Tereny wolne (//pbf.krollew.pl/forumdisplay.php?fid=65)
+--- Dział: Na marginesie (//pbf.krollew.pl/forumdisplay.php?fid=85)
+---- Dział: Wątki zakończone (//pbf.krollew.pl/forumdisplay.php?fid=89)
+---- Wątek: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) (/showthread.php?tid=2384)



Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Malou - 06-04-2017

Samotny Pień, wschodnie obrzeże Śnieżnego Lasu.
Zmęczona całym dniem podróży Malou była brudna i zziębnięta, ale parła przed siebie, na południe, niestrudzenie. Wiatr dął z północy, niosąc ostrymi zakosami strugi deszczu chłoszczące jej plecy, a na nich ledwie widoczne przez szarość nawałnicy znamię w kształcie okręgu wypełnionego nieregularnymi plamkami i mniejszym okręgiem w samym centrum, pustym w środku. To ono pierwsze rzuciło się w oczy przysiadłej na rozkołysanej, ciernistej gałązce dzierzbie, z zainteresowaniem na ten widok kręcącej główką w krótkiej chwili przed tym, zanim zdecydowała się nabić na kolec tarniny młodą żabę, dotychczas trzymaną w małych, czarnych szponach.
Malou kilkakrotnie nieomal przewróciła się, za każdym jednak razem łapała równowagę i bez słowa odnajdywała zgubiony rytm swojej powolnej przeprawy przez deszcz. Starczały trzy kroki i już! Jej łapy nie pamiętały poprzedniego poślizgu, a dzierzba - tego zabawnego widoku; tak gęsta była bowiem szaruga spowijająca dolinkę Samotnego Pnia, którego, bagatela, Malou nie zauważyła, zmierzając przyspieszonym krokiem do opuszczonej nory pod obnażonymi korzeniami ogromnego drzewa, które rosło na zalesionym wzgórzu.
To były zupełnie nowe dla niej widoki, nowe powietrze. Przywykła do pustynnego klimatu mrównica, chociaż dobrze znała porę deszczową, jej obfite błogosławieństwa i ćwiczące charakter przekleństwa, nigdy nie penetrowała węchem czy słuchem dżungli, a wszystko tutaj zdawało się jej być ni mniej, ni więcej dżunglą. Zawsze też miała blisko do suchej infirmerii, a jeśli znajdowała się z dala od niej - życzliwego przyjaciela. Teraz, w tym egzotycznym kraju, była zupełnie sama wobec obcych, nowych wrażeń. Sama z bólem nóg, które przed sobą wyciągnęła, kiedy usiadła wreszcie w jamce, gdzie nie padał na nią deszcz. Sama z ich energicznym rozmasowywaniem przednimi łapami.
Oddawszy się tej czynności bez reszty, byłaby przeoczyła wielkiego, czerwonego chrabąszcza o pulchnym odwłoku, który podobnie jak ona odnalazł w jamce pod drzewem dobre schronienie - dla swojego pancerza i czułków, na których końcach wisiały ciągle dwie wielkie krople, kiedy ona, nie odrywając przednich łap od trzymanych w nich ud, szybsza i sprawniejsza, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka zdawać, nachylała się w przód i uderzała go długim językiem.
Nie zrezygnowawszy ze zgarbienia, wyciągnęła jeszcze odrobinę głowę i wyściubiła połowę długiej kufy z zadaszenia jamki. Z zainteresowaniem w oczach spojrzała w niemal grafitowe niebo, jakby chciała odgadnąć, jak długo potrwa jeszcze ta najpotężniejsza od kilku dni ulewa.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Xenia - 06-04-2017

Zamiast się gdzieś schronić przed trwającą w najlepsze ulewą, zielonooka wędrowała beztrosko i to w znakomitym humorze, pomimo tak ponurej pogody. Poruszała się dosyć żwawo, wkrótce nabierając ochoty żeby trochę poszaleć. Pobiegła przed siebie, rozpryskując dookoła kałuże i błoto, wręcz celowo w nie wskakiwała uznając to za dobrą zabawę, roześmiała się jak lwiątko. Ani wiatr, ani to że lało jak z cebra w niczym jej nie przeszkadzało. Jedyne co jej dolegało to samotność. Szkoda że tak ciężko było kogoś spotkać w taką pogodę. Właściwie ciężko było dostrzec cokolwiek dalej niż na kilka metrów. Wreszcie znalazła się przed czymś czego jej ciekawskie oczy nie mogły nie zauważyć. Od razu się zatrzymała, podążając w stronę czegoś... Co wyglądało jak czyiś nos, wyglądający z dziury w ziemi. Jeszcze zanim pomyślała że to żywe stworzenie, przypominając sobie że dla niego jest wciąż drapieżnikiem i może go wystraszyć, to dotarła już pod samą norę, zaglądając do środka. Nie zamierzała już się cofnąć do tyłu, bo wtedy pewnie obca od razu ucieknie.
- O... - usiadła na ziemi w chwilowym zaskoczeniu, uśmiechając się po tym przyjaźnie, wciąż blokując sobą wyjście: - Witaj, jestem Xenia, a ty? A i nie martw się, nie zrobię ci krzywdy, tak się składa że już dawno nie poluje... I nie chciałam cię przestraszyć, chyba że nie przestraszyłam? Ale jak to, to wybacz... O, i mogę się nawet cofnąć byś poczuła się bezpieczniej... - podniosła się, tym razem stawiając krok do tyłu, wciąż z nie znikającym przyjaznym uśmiechem i ciekawością.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Malou - 07-04-2017

Mrównica odruchowo uniosła łapy z masowanych nóg i zawiesiła je przed piersią. Ale jakiekolwiek obawy względem lwicy rozwiało już samo usłyszenie jej zaskoczonego westchnięcia, a także widok jej wielkich, lśniących przyjaźnią oczu. Takie coś się czuło. Malou znała się na zwierzętach.
- Malou, Xeniu, nazywam się Malou - odparła więc bez wahania lekko poharatanym przez chrypkę głosem. Odkaszlnęła za zaciśniętymi w nieumyślnie sceptycznym wyrazie wargami i cofnąwszy głowę, strąciła palcami nazbierane na nosie krople deszczu. Następnie patrząc na pocierane o siebie paznokcie, pomiędzy którymi skruszała jakiegoś znalezionego w żółtym wąsie małego robaczka, powiedziała: - Nie martwią mnie twoje lwie zamiary, bardziej martwi mnie twoje zdrowie. - Przeniosła wzrok na lwicę. - Jesteś młoda, pewnie odporna, ale hasanie na deszczu i wietrze do najprzyjemniejszych nie należy. A może to twoje hobby?
Malou ostatnimi czasy bardzo rozczulała się nad słowem hobby. Lubiła dowiadywać się o hobbiach innych, to zawsze stanowiło dobry początek rozmowy, a nic przecież w rozmowie nie jest tak ważne, jak jej początek, mogący nie wiedzieć kiedy przekształcić się w koniec, jeśli dobierze się nieodpowiedni dla nieodpowiedniej osoby. Malou znała ich kilka, ale to nie miejsce i pora na ich wymienianie. Ten zresztą przyszedł jej na myśl odruchowo, nie wymagał namysłu. Taka radosna, empatyczna lwica na pewno miała jakieś hobby i Malou wyczekiwała teraz jego ujawnienia z lekko powściągniętym, jak przystało na próbującą zachować fason panią, uśmiechem.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Xenia - 09-04-2017

Miło zaskoczyła ją reakcja Malou, myślała że ktoś tak mały może się jej przestraszyć i zwykle tak się działo. Nie chciała też by się o nią niepotrzebnie martwiła, dlatego przesunęła się bardziej pod gałęzie drzewa: - Nic się o mnie nie martw, już się chowam - puściła jej oczko, zbliżyła się całkiem blisko nory, skoro Malou się nie bała, zielonooka stwierdziła że nie ma po co utrzymywać zbędnego dystansu, usiadła wygodnie tuż przed jamą, a przy tym nie przestając mówić, zachęcona do tego tym jednym, bardzo ciekawym zresztą, pytaniem: - I nigdy nie zastanawiałam się nad tym, ale tak, w deszczu może być całkiem zabawnie i... Czy to moje hobby? Myślę że jakaś część mojego hobby... Na pewno. W sensie lubię bardzo podróżować, nie ważne czy deszcz czy upał, zawsze może być ciekawie. Kocham cieszyć się widokami, zwłaszcza tymi nowymi, a po deszczu jest inaczej i przed deszczem właściwie też, chociaż jakby tak głębiej się zastanowić... To każda pora deszczowa, sucha, dzień czy noc się czymś wyróżnia... A tych wszystkich widoków i miejsc jest na prawdę dużo, kocham zwiedzać, bardzo. Właściwie od lwiątka wszystko mnie ciekawi, a to nie koniec oczywiście, uwielbiam poznawać też nowe osoby, nie ważne jakiego gatunku, na prawdę, czym więcej przyjaciół tym lepiej, prawda? A to co jest nieznane... Normalnie nie potrafię się tym nie fascynować, te wszystkie nowe miejsca, rzeczy, wierzenia, stada, osoby... Pełno ich tutaj i do tego lubię czasami poszaleć - mówiła z pasją, po woli orientując się że nieco za dużo gada, zdarzało jej się to zwłaszcza wtedy kiedy to za długo zostawała sama i nie miała przez kilka dni się do kogo odezwać i nie tylko wtedy: - Na przykład ostatnio... - urwała, będąc ciekawa czym interesuje się mrównica: - To może za chwilę, a jakie jest twoje hobby?


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Malou - 09-04-2017

- Raczej nie podróżowanie, nie, a na pewno nie takie w deszczu i na ostrym chłodzie... Ale nie mogę na tę moją małą podróż narzekać, w końcu nikt mnie do niej nie przymusił - poprawiła się z uśmiechem. - Od maleńkości odbyłam bardzo mało podróży, a pierwszej młodości przecież nie jestem. - Spojrzała na Xenię z nutką przygany w wesołych oczach, jakby chciała żartem przestrzec lwicę przed drążeniem tego tematu. - Wolę raczej być pomocną na miejscu, a wędrówkę oddać młodszym, sprawniejszym ode mnie.  A moim hobby, muszę ci się przyznać, jest pichcenie. Tam, skąd pochodzę, zajmuję się pichceniem, ponieważ nic tak dobrze nie leczy ciała i duszy jak smaczny posiłek. Surowizna jest wystarczająca, ale jeśli włoży się w jej przygotowanie odrobinę serca, można osłabić i ból, i smutek... Ale przed chwilą powiedziałaś, że już dawno nie polujesz, czy to znaczy, że nie pozwala ci na to zdrowie czy może żywisz się w podobny sposób jak ja? Owadami i roślinami? Spotkałam wiele drapieżników, które zrezygnowały z mięsa, dlatego pytam. Jestem też ciekawa, co masz mi do opowiedzenia... Zdaje się, że trafiłam na przepiękne serce. Mam nadzieję, że takie serce nie będzie mi miało za złe, jeśli przekąszę sobie to i owo, co tutaj widzę, że znalazło też schronienie przed deszczem.
Dodawanie, że jest bardzo zmęczona podróżą, Malou uznała za niepotrzebne. A zmęczona była naprawdę, jak rzadko, ale zupełnie do przewidzenia. Chociaż w ciągu ostatnich pięciu miesięcy podróży zdążyła wprawić nieco swoje ciało w intensywnym wysiłku fizycznym, to nadal nie była najsprawniejszym wędrowcem, którego kroki niosła po swojej twardej skorupie Matka Ziemia. Mrównica wiedziała, że musi robić częste przystanki na swojej drodze, by dać odpocząć mięśniom. Co jakiś czas spotykała uczynne, miłe stworzenia, takie jak Xenia, z którymi spędzała trochę czasu, niekiedy posiłkując się dzięki nim o nowe wskazówki dotyczące dalszej drogi, niekiedy tylko zostawiając im dobrą nowinę i wieść o tym, dokąd zmierza. W przypadku Xeni Malou oczywiście jeszcze nie wiedziała, jak ich spotkanie się potoczy, nie czyniła też żadnych przewidywań, kiedy nie czekając na odpowiedź, podkładała paznokieć przy wystającym ze ściany nory korzonku, aby pozwolić wejść nań średniej wielkości robaczkowi o granatowym pancerzyku w białe kropki. Nkosi pokaże.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Xenia - 12-04-2017

Słuchała z nie małym zainteresowaniem, o samym pichceniu słyszała pierwszy raz i z tego co wywnioskowała po słowach mrównicy polegało na przygotowywaniu jedzenia. Musi koniecznie o to popytać.
- Nie mam nic przeciwko - odpowiedziała z uśmiechem na prośbę Malou, w jeszcze lepszym humorze, o ile to możliwe, po jej określeniach, których nie mogłaby nie docenić.
- Wyrażasz się w przepiękny sposób, nikt o mnie tak pięknie nie mówi ja ty - pochwaliła, mówiąc dalej: - Chwila, serio spotkałaś więcej takich drapieżników? To niesamowite! Ja znam tylko hienę... I nie, nic mi nie dolega, nie musisz się martwić... Baqiea, to właśnie ta hiena, w dodatku wychowały ją zebry, serio... Sama byłam w szoku. I ona właśnie pokazała mi że można się żywić robakami... Nawet nie wiesz jak bardzo się z tego cieszę, wprost nie znosiłam polować, a zabijać tym bardziej, nadal tego żałuje, ale no cóż... Niestety większość lwów i w ogóle drapieżników to robi. Na szczęście ja już nie muszę... Już mam to za sobą - ulżyło jej ilekroć o tym mówiła, wciąż miała małe wyrzuty sumienia, mimo że już wcześniej wystrzegała się polowań, żywiąc się najczęściej padliną, ale ostatecznie wtedy jeszcze nie mogła z nich zrezygnować, dopóki nie dowiedziała się o nowym sposobie zdobywania pokarmu, od tamtego momentu nie tknęła w ogóle mięsa, chyba że te z bezkręgowców się liczy. Nie tracąc ani trochę dobrego nastroju, mówiła dalej: - Próbowałam też roślin, ale jeszcze nic mi nie przypasowało, może znasz jakieś, które smakowały by lwom? O, jak już wspomniałam o zebrach, to poznałam jedną... Właśnie, o tym chciałam ci powiedzieć wcześniej... Byłam i pewnie znów ich odwiedzę, na prawdę są mili i bardzo gościnni... Stado Srebrnego Księżyca, tak się nazywają, ile tam widoków, zwłaszcza te ze... - zastanowiła się chwilę: - A, z Złotej Skały, strasznie wysoka, a widoki niesamowite i wodospad, głównie przez niego po raz pierwszy tam zawitałam. Poznałam tam na prawdę mnóstwo nowych rzeczy i osób, i wiele doświadczyłam, bo nigdy na przykład nie rozmawiałam z zebrą, zwykle uciekały, ale Mauara nie, ciekawe czy mnie nadal pamięta, bo biedna ma problemy z pamięcią... Ani o księżycu też tak szczególnie nie rozmawiałam, dopiero tam, bo oni wierzą w księżyc, to niesamowite i w sumie to nie wiem czy to prawda, wierzą że księżyc ponoć jest czymś więcej niż świecącą kulą na niebie, ponoć nam pomaga... I można z nim rozmawiać, a przynajmniej Ines to potrafi, do tego ma tyle tajemnic, nawet Kapłanka nie wie o nim wszystkiego... A... Prawie bym zapomniała... Na czym dokładnie polega pichcenie? Na prawdę sprawia że jedzenie jest przez nie smaczniejsze? - mówiła by pewnie dalej o swojej księżycowej podróży, ale nie mogła się oprzeć zaspokojeniu ciekawości, a nie chciała ryzykować że te pytania znów jej umkną.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Malou - 17-04-2017

Po podłożeniu grubego, pożółkłego paznokcia pod wystający z ziemi korzonek, Malou miała na czym zawiesić wzrok. Był to piękny okaz chrząszcza o miękkim pancerzyku i pulchnym odwłoku, a dopóki miał wszystkie nóżki - również o wyjątkowo prędkim, zwinnym ruchu. Kiedy stracił je razem z głową - już nieco mniej. Odgryzłszy jego połowę, mrównica patrzyła nań nieco nieobecnym wzrokiem, zbyt pochłonięta słowami rozentuzjazmowanej Xenii, o czym lwica mogła wnioskować jedynie po drgnieniach wielkich uszu swojej rozmówczyni. Jeśli jednak martwiła się, że nie interesuje Malou swoimi opowieściami, nudzi ją lub śmieszy, lub że Malou jej w ogóle nie słucha, teraz, kiedy tamta wyrwała się z bezruchu energicznie, wpierw włożywszy do ust resztkę robaka, a następnie przystąpiwszy do powolnego, pełnego namaszczenia zmiatania ze swoich ud okruszków chitynowego pancerzyka, mogła być pewna, że znalazła w mrównicy słuchaczkę najlepszego gatunku.
- Pichcenie to nic innego jak używanie roślin, o które przed chwilą pytałaś - zaczęła uprzejmym tonem cierpliwej, złotej matki, wskazując palcem gdzieś w górę, kiedy na moment oderwała jedną łapę od nogi. - Żaden lew ani lampart nie zrobi swoimi długimi kłami użytku z zielonych roślin, mimo że zje je bez trudu, ale pewnie już się o tym przekonałaś - wtrąciła z radosnym zrozumieniem - kiedy zaczęłaś szukać czegoś pożywnego, innego niż mięso, co dałoby ci siłę i pragnienie do życia. Pichcenie - podniosła nieco głos, wracając i do tematu, i do rozmasowywanio-czyszczenia-z-okruszków nóg - to szukanie takich roślin, z których nikt inny, poza tym, który pichci, nie zrobi najlepszego użytku. Owszem, zebra, nawet taka, która nie pamięta dnia poprzedniego, zrobi użytek z każdej rośliny, ale będzie jej wszystko jedno, czy zje pięknie pachnącą pietruszkę przed zagryzką z trawy czy może po niej. Ja natomiast, droga Xeniu, jeśli mogę ci co nieco więcej powiedzieć o moim hobby, nie nudząc cię, użyję tej pietruszki w bardziej przemyślany sposób. Najpierw - ponownie podniosła już wcześniej używany paluch - użyźnię ziemię, na której będę zamierzała posadzić nowe krzaczki pietruszek. Tam, gdzie mieszkam, mieszkają również inne zwierzęta, dużo innych zwierząt, i dla części z nich jest to stałe miejsce zamieszkania. Nie chcę - przytknęła brodę do piersi i nieco przechyliła ją na bok w zawstydzonej pozie - zbyt mocno pobudzać twojej wyobraźni, to po prostu jeszcze jeden sposób czynienia pożytku ze wszystkiego, cokolwiek jest nam dawane i odbierane...
CHLUS! - lądowała na ziemi papa z odchodów i niedojedzonego przez chorych pokarmu, nadgniła w skórzanym worze, który wisiał na pustynnym słońcu przez ostatnich kilka dni. Ostry zapach fekaliów uderzył nozdrza Malou nawet teraz, kiedy powinien docierać do nich tylko świeży aromaty gniecionej deszczem trawy.
- ...przez Tego, który wszystkiego udziela zwierzętom dla ich pożytku. Korzystam więc z niego, korzystam z wielkim entuzjazmem i teraz, kiedy już sadzę moją pietruszkę w tak przygotowanej ziemi, zamierzam o nią dbać - powiedziała z czułością - podlewać ją, pilnować, żeby miała cień, kiedy słońce będzie piekło zbyt mocno, czyli robić wszystko, żeby rosła zdrowa i piękna. Później, nie tak jak bardzo głodna zebra, zerwę ją, kiedy dojrzeje, ale jej nie zjem. Nie od razu. Zajdę do spiżarni pod ziemią, gdzie trzymam zapasy owadów, i wybiorę takie, które będę chciała...? - spojrzała na Xenię tak, jakby chciała, żeby ta dokończyła za nią zdanie, ale i tak zrobiła to sama, z ledwie poskromioną radością, prędzej, niż lwica zdążyłaby się zorientować, czego się od niej oczekuje: - upichcić, tak, upichcić! Pięknego owada wrzucę do wody podgrzanej na ogniu, żeby był jeszcze smaczniejszy, ale zanim to zrobię, odetnę mu główkę i obtoczę go w świeżą - zaczęła obtaczać wyimaginowanego owada między sobą a Xenią w powietrzu - pietruszką. Wieczorem dopiero go ugotuję. I tuż przed pójściem spać mojego gościa, dam mu go, pysznego, najjjjpyszniejszego. - Dotychczas pochłonięta obtaczaniem wyobrażonego robaka, teraz dopiero spojrzała na Xenię z porozumiewawczym zrozumieniem, konspiracyjnym błyskiem w oku znaczącym: "Tak, wiesz, o czym mówię", chociaż wiedziała przeciwne - że lwica tego nie wie. Nie zrywając zarzuconej między nimi (lub przez nią na lwicę) sieci patrzenia sobie głęboko w oczy ze, z jednej strony, kobiecą pewnością siebie, z drugiej - najpewniej czymś nieco mniej intensywnym, dodała cicho i powoli, z wielkim, szczęśliwym namaszczeniem: - I ta-a-ak, znam wiele takich drapieżników. Które nie jedzą podobnych do siebie. Schlebiłabym sobie, niesłusznie, gdybym powiedziała, że moje pichcenie pomaga im zrozumieć, że rezygnacja z tego nie jest aż taka bolesna, ale muszę przyznać, że mnie przekonuje radość na ich twarzach, kiedy próbują mojego pichcenia, dlatego to robię. Zaryzykuję stwierdzenie - podniosła łapę i wskazała palcem na pierś Xenii z lepkim, czułym uśmiechem - że nie tak dawno, tuż koło twojego noska przeszła cała gromada podobnych drapieżników.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Xenia - 21-04-2017

Podążyła ciekawskim spojrzeniem za palcem mrównicy, zapatrzywszy się na chwilę na koronę drzewa, by wrócić z powrotem do Malou, zafascynowana tym co mówiła. Pierwszy raz słyszała o podobnej rzeczy, a to co nowe zielonooką szczególnie fascynowało.
- Tak - przytaknęła, bardziej skupiając się na tym co słyszała, niż wypowiadała, przez co nie umknęło jej ani jedno słowo. W praktyce nie zwracając uwagi na otoczenie i już dawno zapominając o ulewie. Mogłaby kilka z roślin jakie kiedyś próbowała wymienić, opisując ich wygląd, bo nazwy niestety nie poznała, tak samo jak słyszała po raz pierwszy o pietruszce. Wyłapała spojrzenie Malou, kiedy ta prawdopodobnie chciała by dokończyła za nią wypowiedź, co nie było trudne, bo wpatrywała się na swą rozmówczyni z niemijającym zainteresowaniem. Nim zdążyła się namyślić, Malou udzieliła już gotowej odpowiedzi, na co Xenia odpowiedziała tylko nieco większym pełnym entuzjazmu uśmiechem.
- Na prawdę? - zdziwiła się na ostatnie ze słów: - Szkoda, ale skoro jest ich tak dużo to szybciej czy później na pewno w końcu na któregoś jeszcze natrafię - stwierdziła optymistycznie: - Pichcenie brzmi pysznie, fajnie by było kiedyś posmakować coś tak smakowicie przygotowanego... A tego co słyszę to nie tylko twoje hobby, ale i talent. A, właśnie, jak wygląda pietruszka? Z chęcią bym i jej posmakowała... Chwila, a skąd bierzesz ogień? Da się go jakoś złapać? I chyba nie często można go spotkać... Chociaż jak jest sucho... - zamyśliła się przez chwilę, nie pamiętałaby natrafiła na pożar co nie znaczy że nie ostrzegali ją przed nim rodzice.
- I jeszcze, o ile to nie problem, nie musisz odpowiadać jeśli nie chcesz... Mówiłaś o Księżycu, czy kimś innym? Czy może coś źle zrozumiałam, jak wspomniałaś o nim? - zapytała, dodając: - Wiara w cokolwiek bardzo mnie interesuje, to fascynujące że może istnieć coś jeszcze, w sumie świat jest tak skomplikowany i różnorodny, kto wie? A, w domu... To znaczy, w moim rodzinnym stadzie nikt u nas w nico nie wierzył, a szkoda, bo chyba dobrze jest móc w kogoś wierzyć, prawda? Wtedy tak jakby się czuło... - zastanowiła się, myśląc trochę o tym co usłyszała o księżycu, by odnieść się do tego: - Że ktoś cały czas z tobą jest?


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Malou - 22-04-2017

Takie serce to miękka glina czekająca na wprawne dłonie rzeźbiarza. Albo pietruszka! którą, nieupichconą, raczej trudno się prawdziwie zachwycić, ale takim jak Malou z wielką przyjemnością i łatwością przyjdzie dostrzeżenie w jej listkach i zapachu grubego korzenia niezwykłego potencjału. Xenia Pietruszka. Bardzo ładnie, pomyślała mrównica.
- Och, zadajesz tyle pytań! - oznajmiła, odchylając się do tyłu, z niepowstrzymanym uśmiechem. Wlepiwszy czerwone oczy w pyszczek Xenii, zaczęła skrupulatnie go badać, każdy włosek porastającej go sierści, zupełnie tak, jakby wybierała najdorodniejszą morelę ze stoiska na owocowym targu pawianów i musiała każdej sztuce poświęcić bardzo czasu i uwagi, żeby znaleźć tę najdoskonalszą. - Gdzież ty się uchowała, moja droga, gdzie mieszkasz, powiedz mi, chciałabym poznać twoją rodzinę... Ale o tym nie teraz, już odpowiadam na twoje pytania, już, już... - Wzięła głęboki wdech, taki z uniesieniem ramion. - Pietruszka to bardzo drobna roślina. Łatwo ją przeoczyć, jeśli szuka się jej rosnącej dziko, jest niepozorna. Na cienkich, zielonych łodyżkach rosną nieduże listki... nie większe niż... twoja jedna opuszka, ta mała. Mają kształt podobny do odcisku lwiej łapy, powiedziałabym - stwierdziła, wskazując palcem na brązową łapkę Xenii - tylko bardziej postrzępiony. - Zmarszczyła brwi, nie do końca zadowolona z tego porównania, ale ciągnęła mimo to, oparłszy łapy na udach: - Trudno, naprawdę trudno ją znaleźć, od dawna, przyznam szczerze, się o to nie martwiłam, ponieważ ją uprawiam, ale myślę, że gdybyś tylko poznała jej zapach w jednej z moich potraw, odnalazłabyś ją później za pierwszym pociągnięciem nosa. Ale co innego liście pietruszki, a co innego korzeń - tak samo przydatny przy pichceniu. Chociaż gałązki pietruszki i listki pietruszki wydają się takie delikatne i niepozorne, łatwo je zdeptać, łatwo przez przypadek złamać, łatwo też wyrwać je z ziemi, to o zniszczenie korzenia już trzeba się naprawdę mocno postarać. Jest gruby, potężny i mocno trzyma pietruszkę w ziemi. Kiedy jakiś nieuważny lew zdepcze gałązkę, od korzenia szybko wyrośnie nowa. Wiara, o którą pytasz - mimo zmiany tematu, wyraz na twarzy Malou pozostał taki sam, uprzejmy i cierpliwy, bo przecież rozmowa tak o pietruszce, jak i o wierze... a może w Malou chodziło tylko o wiarę... i wszystko do niej się sprowadzało? - to właśnie to, co można nazwać korzeniem. - Czyżby jednak ton jej głosu zmienił się? Stał się cichszy, delikatniejszy? Jakby matki przemawiającej nad kołyską? - Niektórzy błędnie poszukują w niej przyjaźni z tym, w co chcą wierzyć, a ty mówisz o poczuciu, że cały czas ktoś z tobą jest... W pewnym sensie to całkiem słuszne spostrzeżenie, ale gdyby tylko na tym poprzestać, można by pomyśleć, że wiara w.. Księżyc, powiedzmy... byłaby wiarą głupiutkich stworzeń, które ignorują to, że Księżyc raz jest widoczny, a raz niewidoczny na niebie. Księżyc powraca, chociaż niczego nie możemy być tak pewni jak tego, że nie znamy jego ścieżek, ale co z nami wtedy, kiedy go nie ma? Nie jest przy nas? Taka wiara niczym nie różniłaby się od przyjaźni. Przyjaciele zapewniają sobie wsparcie, ale trudno o to, by byli przy sobie cały czas. Jak ja i mój wielki przyjaciel Papane, który został za mną, podczas gdy ja wybrałam się w tę swoją małą podróż... Mogę go nazwać przyjacielem, nadal, tak jak z tobą teraz rozmawiam, ale nie mogę powiedzieć, że zawsze ze mną jest, ponieważ teraz go ze mną nie ma. Tak samo i Księżyca - nachyliła się do przodu, wystawiła na deszcz nos i palec, którym wskazała w górę, na niebo - którego teraz nie widzę. - Patrzyła chwilę na niebo, milcząc. Dawała też Xenii czas na zrozumienie swoich słów. - Jeśli wiara miałaby być pewnością, że Księżyc cały czas ze mną jest, byłaby tylko (wielkim i szlachetnym co prawda, ale nadal tylko) zapewnieniem o przyjaźni z jego strony, a pamiętasz, że przed chwileczką powiedziałam, że wiara jest bardziej podobna do pietruszkowego korzenia - myślę, że to całkiem trafne porównanie, mówi o wierze coś jeszcze innego, zobacz. - Przekręciła głowę raptownie w lewo, potem w prawo, raz jeszcze w lewo. - Widzisz te korzenie? Wydaje mi się, że są to korzenie jakiegoś drzewa, które rośnie nade mną, jest tam jakieś drzewo?


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Xenia - 24-04-2017

Zaśmiała się lekko rozbawiona reakcją mrównicy. Nie mogła się powstrzymać od ciekawskich pytań, które towarzyszyły jej niemal zawsze, od zawsze, tak jak sama wrodzona ciekawość, to właśnie ona była ich powodem. A także jej niezaspokojenie w czasie dzieciństwa. Podniosła jedną z łap odszukując tą najmniejszą opuszkę, by lepiej sobie wyobrazić opisywaną przez Malou roślinę. Łatwo jej było zapamiętać jej wygląd i wyobrazić sobie za razem, była też pewna że rozpoznałaby pietruszkę jeśli miałaby na nią trafić. Kiedy temat przeszedł do wiary wsłuchiwała się jeszcze bardziej zainteresowana, przytakiwała krótkimi skinięciami głowy, to miało sens, choć w czasie gościny u stada wierzącego w Księżyc także mnóstwo usłyszała, podobnie jak teraz zadając mnóstwo pytań i trochę jakby miała mętlik w głowie. I rzeczywiście wykorzystała dany jej przez Malou czas do złożenia tego wszystkiego do kupy. Wychodziło na to że każdy miał odmienny punkt widzenia, a najśmieszniejsze było to, że to jak i wcześniejsze prawdy zasłyszane kiedyś, nie można było do końca wykluczyć, wszystko wydawało się możliwe, a zarazem fascynujące. Odszukała wzrokiem korzenie, o których wspomniała mrównica, patrząc w górę na rozłożyste gałęzie drzewa: - Jest - odpowiedziała: - Czyli... Jeśli dobrze rozumiem, wiara jest silna... Albo nie... Jest siłą? - dopowiedziała, dodając jeszcze: - Słyszałam o Księżycu że podobno jest cały czas na niebie, tylko nie zawsze go widać... Nie wiem czy to prawda, ale są osoby, które w to wierzą - mówiła zamyślona, nad tym jak to na prawdę jest i jak można by było to sprawdzić. Wiara w cokolwiek była czymś czego nie można było tak po prostu zobaczyć czy poznać tak łatwo jak inne rzeczy, które poznawała do tej pory, co tylko jeszcze bardziej i bardziej ją ciekawiło.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Malou - 30-04-2017

- Byłby z ciebie - zawahała się, nie będąc pewną, czy mimo uśmiechu, Xenia nie poczyta sobie jej słów za zbyt protekcjonalne... na wszelki wypadek pokiwała najpierw powoli głową w pełnej namaszczenia aprobacie, a dopiero potem dodała, bardzo spokojnie, ze zmrużonymi oczami znawcy (wyszło bardziej protekcjonalnie, niż gdyby tego nie przemyślała, ale z pewnymi przywarami charakteru próżno walczyć): - wspaniały pożytek dla Jego Sprawy... Tak, jest tak jak mówisz, przyznaję ci rację - przeszła do zwykłego tonu, jej głos wezbrał ponownie w energię  - to właśnie to, co pozwala żyć, utrzymywać się nam w pionie, stać. Rosnąć. Niektórzy nazywają to siłą, tak, wewnętrzna siła to bardzo dobre określenie. A Księżyc, mówisz...?
Zmierzyła Xenię przenikliwym spojrzeniem. Sprawiała wrażenie z jednej strony całkiem poważnej, z drugiej, kiedy tak na nią patrzyła jednym okiem, bawiącej się swoją rolą. I po prawdzie jej zachowanie w tej chwili takie właśnie było - dwojakie z natury, bo tyczyło się i psotnej wesołości młodej lwicy, z którą starała się znaleźć wspólny język mimo swoich dziesięciu lat, i właśnie jej własnej powagi, powagi wieku i tematu rozmowy.
- Jeszcze nie odpowiedziałam na jedno z twoich pytań i myślę, że to na nie dobra pora - powiedziała, zdejmując Xenię z celownika swojego spojrzenia. Przechyliła się w lewo, w prawo, poprawiając pozycję i ogon, położyła łapy na udach i nachyliwszy się do przodu, mając je za stabilne oparcie swojego ciężkiego korpusu, otworzyła pysk. Wytrzymała chwilę w bezruchu, w zapowiedzi zabrania głosu, dozując nieumyślnie napięcie między nią a młodą lwicą, by w końcu się przemóc i nie patrząc na Xenię, ale gdzieś w głębię samej siebie, powiedzieć: - Mhm, Księżyc. Jego miałam na myśli, mówiąc o tych, którzy nie jedzą myślących stworzeń, tak samo jak Jego miałam na myśli, mówiąc o korzeniach. - Podniosła wzrok na pyszczek lwicy i dalej mówiła, uważnie badając jego drgnienia: - Ale Księżyc, który raz jest, a raz nie jest widoczny na niebie, to tylko zrębek Tajemnicy, w którą wierzę. Tego, który za nią stoi, nazywamy Nkosim, co znaczy Pan. Tylko On mógł postawić ciebie na mojej drodze, ponieważ ta mała podróż, o której ci troszeczkę napomknęłam, prowadzi do stada, o którym ty wiesz zdecydowanie więcej ode mnie. - Uśmiechnęła się w zielone oczy serdecznie.


RE: Schronienie przed deszczem (Xenia, Malou) - Xenia - 09-05-2017

Z racji tego że dla Malou wiara była ważna, odebrała jej słowa jako komplement, uśmiechając się przez chwilę trochę szerzej niż wcześniej. Wydawać by się mogło że do poznawania wiary jakiejkolwiek, słuchania o niej, ciągnęła ją ot tak zwykła ciekawość, ale było w tym też coś głębszego, zielonooka pragnęła zrozumieć czym tak naprawdę jest świat i sens istnienia, chciała go poznać w najmniejszym szczególe. Najchętniej zgłębiłaby każdą jego tajemnice, poznała odpowiedź na wszystkie możliwe pytania. Słuchała z nie małą fascynacją, ale też zatracając się we własnych myślach, przez co sama była dziwnie milcząca. Chwilowa przerwa jednak skłoniła ją by otworzyć pysk, ale wtedy Malou udzieliła jej wyczekiwanej odpowiedzi, która spowodowała że znów otworzyła pysk, ale tym razem, przynajmniej w pierwszej chwili w wyrazie zaskoczenia.
- O, to znaczy że... Nkosi jest potężniejszy od Księżyca? Że za niego odpowiada? A to... Można ponoć rozmawiać z Księżycem, tak słyszałam, to też mogło by być za jego sprawą? Nigdy nie rozmawiałam z księżycem, nawet trochę dziwnie by było, ale może kiedyś spróbuje, ale na przykład Kapłanka słyszy jego głos, inni pewnie też, chociaż nie jestem pewna... A Nkosi umie się z tobą porozumieć, albo ty z nim? Skoro odpowiada za księżyc, to chyba... A może tak na prawdę... - urwała mając już niezły mętlik w głowie: - Jak to jest? - zapytała w końcu najprościej jak się dało, utkwiwszy ciekawskim spojrzeniem w oczach mrównicy, by dodać po znacznie dłuższej chwili: - A skąd czerpią siłę zwierzęta w które nic nie wierzą? Skoro wiara jest siłą, siłą wewnętrzną... To właściwie dobrze jest w coś wierzyć, ale... Ja nigdy dotąd w nic nie wierzyłam, w domu nie mówiło się o takich rzeczach, a szkoda, bo to niesamowite... Pierwszy raz właściwie to spotkałam się z wiarą, w stadzie Srebrnego Księżyca, chwila... Mogłabym cię tam zaprowadzić, znam drogę, co ty na to? - spytała, kończąc wypowiedź przyjaznym uśmiechem. Na myśl nasuwały jej się kolejne pytania i ledwo powstrzymała się by nie wypowiedzieć ich na głos, nie chcąc przytłoczyć nimi Malou, a może niektóre z nich rozwiążą się w trakcie?