Król Lew PBF
Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Wersja do druku

+- Król Lew PBF (//pbf.krollew.pl)
+-- Dział: Tereny wolne (//pbf.krollew.pl/forumdisplay.php?fid=65)
+--- Dział: Na marginesie (//pbf.krollew.pl/forumdisplay.php?fid=85)
+---- Dział: Wątki zakończone (//pbf.krollew.pl/forumdisplay.php?fid=89)
+---- Wątek: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] (/showthread.php?tid=2884)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 27-03-2018

Zen jeszcze przez chwilę oddychała dość szybko, ciągle nabuzowana po sprzeczce. Jej serce powoli jednak rozmarzało i wzbierało w ciepło empatii. A z tą Jaszczurka nigdy nie wiedziała, co począć, gdy pojawiała się w nadmiarze. Zduszać czy wysłuchiwać, tłuc po mordzie czy głaskać zachęcająco. Problem z nią był taki, że mogła mieć wielki wpływ na tego, w czyją stronę się kierowała. Cóż począć z taką Kaylą, płochą wobec krzyku gołębicą? Zen nauczyła się, że empatii nie trzeba koniecznie kierować na zewnątrz, a można ku sobie, i to z reguły działało. Pozwalało unikać gorzenia konfliktów. Gorąco rumieńca pod jaśniutką sierścią było więc tylko miodem na jaszczurzy gniew, malutki teraz i nieważny wobec spraw większej wagi.
- Nie przepraszam, tylko siadaj, głupia, i słuchaj, co mam ci do powiedzenia - zaczęła, pozorując swoim tonem jakieś wyzwanie, chociaż w oczach, gdyby tylko Kayla zechciała zerknąć w górę, płonęła zaniepokojoną troską. Opadła w końcu przednimi łapami na ziemię. Skórki raczej. Miękkie i zachęcające, które (może i dobrze, że) przeniosły część jej uwagi z rozmówczyni ku swojej kruchej delikatności. - To był nie najlepszy poranek dla nas obu, widzę. - Gładziła wierzchem łapy aksamitne futerko. Nie wytrzymała długo. - To jednak mogę? - Uniosła brwi, a za nimi pełne gorliwej niecierpliwości spojrzenie na Kaylę, wskazując na miejsce obok niej.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 29-03-2018

Tymczasem wbita w kącik Kayla czuła się przytłoczona i pokonana. Spoglądała pustym wzrokiem w mikroskopijną przestrzeń między włoskami na zajęczej skórce. Za dużo miała dziś wrażeń i teraz miała po prostu wszystkiego dość. Była wyzuta z sił i emocji. Siedziała tylko i wzdychała. Nie spoglądała na Zenzele. Nie miała ochoty na przepychanki z Jaszczurką. Pokiwała jej niemo łbem zgadzając się właściwie bez większej woli, ale zaraz postanowiła jeszcze odezwać się dla pewności. 
- Możesz. 
Nie było to głośne słowo, właściwe ciche i pozbawione barwy, samotne, suche i płaskie jak porzucona wężowa skóra. Jedynie wspomnienie tego, że kiedyś było w nim życie. Daleka była od kłótni fakt, ale teraz czuła, że nie miała kompletnie kontroli nad własnym ciałem jak i życiem. Łapy nie chciały jej słuchać by usunąć się w inny kącik nory, chciała się położyć ale na razie czuła dziwne zesztywnienie. Pysk zwisał jej na kwintę a oczy zdawały się być puste i pozbawione blasku. 
W echu zatęchłej nory głośno dał o sobie znać pusty żołądek samicy, ale ona potrafiła jedynie przytknąć łapę do brzucha i nic poza tym.



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 29-03-2018

Trochę czuła się tak, jakby stąpała po grzęzawisku, a nie aksamicie, kiedy wstawała i podnosiła przednią łapę, stawiając niepewny krok naprzód. Zapadła między nimi cisza ciężka jak wół. Smutek Kayli wsiąkał w nią niby woda w mech i nie mógł przestać ropieć, a Zen, która jeszcze chwilę temu była gotowa rozpychać się w nim łokciami, zaczęła odczuwać na barkach jego przygniatający ciężar. Stało się to, czego się wystrzegała - zwróciła uwagę na otoczenie, zwęszyła zapach i rozpoznała widok przed oczami. Kayla nie była już przeszkodą na drodze, kamieniem, który należało odtoczyć od wejścia do groty raptownym zrywem mięśni, lecz jej mieszkańcem.
Co za niefart.
Co za niefart.
- To skoro mogę - zaczęła cicho, jakby skradała się ze swoim głosem, z ukontentowanym zawzięciem - to sobie pozwolę - dokończyła z donośnie brzęczącym już w tonie samozadowoleniem. Wtedy też obejmowała przednimi łapami, obejmowała całą, calutką sobą, miękki kopczyk milutkich skórek, który ścisnęła pod swoim policzkiem, drżąca pod skórą w spazmach rozkosznego zachwytu nad ich niebiańską miękkością, obmacującą jej szyję i pierś, a zaraz dalej i podbrzusze, którym ich dotknęła, kładąc się i chcąc wejść weń, stać się z nimi jednym, ona-skórka królicza, skórka królicza-ona. Uśmiechnęła się tak błogo i promiennie, jakby opuściły ją wszelkie nieszczęścia, a głosy zawiązały swe usta w supeł. Gdyby mogła tym uśmiechem czynić cuda, w serce Kayli, w której stronę miała zwrócony pyszczek, przelałaby tylko drobną część ogrzewającego ją upojenia i byłaby Kayla rozpromieniała, jakby paskudny Szawolcs nigdy nie istniał, a jego historia nie skrzyżowała się z jej.
Rozwarła jedno oko do ledwie szparki.
- Pięknie dziękuję - powiedziała i  w zależności od tego, czy dzikuska, na którą spoglądała w spokojnym wyczekiwaniu, poczuła się choć trochę lepiej czy jednak nie, albo zamknęła z powrotem oko, albo się zmartwiła. Ale jako pierwszy odpowiedział na jej oczekiwanie pomruk pustego brzucha Kayli.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 29-03-2018

Niedola, która ciskała się z wściekłością i głuchym wstrętnym, tępym bólem odznaczała się na osowiałym kształtnym choć oszpeconym szponami pyszczku. Samica niewiele zwracała uwagi na Zenzele i jej zadowolenie. Nie dotarł do jej uszu smętny marsz wydobywający się z jej wściekle drgających trzewi, ani ból z tym związany, czy też swego rodzaju suchość w pysku. Zamiast tego przez kilka ciężkich chwil tkwiła jak posąg samej dobrze nie wiedząc co właśnie przeżywa i co odczuwa, bo przez wszystko co wręcz wyło w jej głowie przebijała się pustka i najgorszy możliwy rodzaj osamotnienia. Potem z prostego żalu odwróciła pysk w stronę lekko wilgotnej ziemistej ściany a potem i całe chude ciało by w końcu położyć się tam gdzie siedziała, strudzoną twarzyczką do gleby i kamieni wystających ze sklepienia. Nie odpowiedziała Jaszczurce choćby słowem bo nie czuła też potrzeby odpowiadania. Nie miała większego przekonania czy jej aprobata czy też nie cokolwiek mogłyby zdziałać. Ale ta bezsilność zaprowadziła ją do tego ciasnego rogu bez wyjścia bo zdała sobie zaraz sprawę z tego, że gdyby spróbowała zaprotestować to szybciej straciłaby ostatnią rzecz jaka jej została. Tak przynajmniej mogła cieszyć się tym ciasnym kącikiem, choć i to było zbyt wielkim stwierdzeniem, ale pozostanie tu choćby bez godności wydało jej się odrobinę mniejszym złem od gnicia w błocie jak robak gdzieś na zewnątrz i czekanie na śmierć. 



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 30-03-2018

Jej uśmiech nikł. W wilgotnej, prywatnej duchocie jamki łatwiej było się sobie przyglądać, więc gdyby ktoś zatrzymał wzrok na utulonym przez miękkie futra pysku Jaszczurki, dostrzegłby więcej, niż kiedy lwice mierzyły się i oceniały w chłodzie przedpołudnia na zewnątrz, zaaferowane swoimi interesami. Między szarą łapą jednego zająca a białą kitą drugiego schował się piegowaty, nieładnie oszpecony pysk. Były to drobne blizny i często ukryte w sierści, ale pokrywały niegdyś może nawet urocze, może nawet zalotne rysy prawdziwym mrowiem, roiły się jak rozbiegane owady, szpeciły nierówną fakturą zwłaszcza wtedy, gdy Jaszczurka rezygnowała z kryjącej każdą niedoskonałość wyolbrzymionej ekspresji. Wyżej, pomiędzy kępkami gęstszego futra sterczały od wielu lat bezużyteczne resztki małżowin usznych, za nimi po karku i przez cały grzbiet biegły rany zadane przez tego samego samca, który zniszczył jej pysk, a także te starsze, zdobyte w innych potyczkach. Kiedy wstała, a zrobiła to w końcu, przepełzając skrępowanym wzrokiem przez wystające kości na zadzie i żebra na bokach Kayli, pod jej brzuchem wisiały mocne sutki nienależące do bezdzietnej młódki, czekającej na swego bohatera o gęstej, złotej grzywie, który wprowadzi ją w arkana miłości delikatnie, ze zrozumieniem.
Każdy krok potęgował tylko wrzenie pod czaszką, a mimo to go stawiała. Dawno nie była na siebie tak wściekła, a przy tym tak obojętna, zupełnie obojętna na zewnątrz. Gdyby ktoś przebił jej skórę, zalałaby go żółcią, ale ponieważ nikt tego nie uczynił, ślepo wbity przed siebie wzrok prowadził kroki lwicy, zdawałoby się, zupełnie spokojnej, wiedzionej jakąś cichą determinacją.
W innym życiu... nie znała się na chronologii, miała w pamięci tylko zdarzenia jak wyjątki ze snów... ktoś zastał ją w podobnym jak Kayla stanie, ale nie zrobił niczego i przetrwał z nią najciemniejszą godzinę na kształt wiecznotrwałej skały. To jej wtedy pomogło, ale sama, teraz - nie potrafiłaby zaoferować tego samego. Nie wątpiła, że żyła dzięki tamtemu niewzruszeniu i braku współczucia, ale nawet nie próbowała przyrównywać się do wygasłego już prawie doszczętnie widziadła Nuru.

Po jakimś czasie dał się u wejścia do jaskini słyszeć ruch, a ziemia poniosła do środka obojętne drżenie. Zwaliło się w szeleszczącą trawę coś niezbyt ciężkiego, a kilka miękkich, powolnych kroków oddaliło się i wkrótce zniknęło pośród śpiewów wiatru. Nad polaną ponownie zaległa cisza. Tamten guziec, który zwalił się z pniaków wieńczących norę, przedtem uszczknąwszy nieco z zielonych girland zasłaniających wejście do środka, nie odszedł daleko. Wiódł jakiś marny, samotny żywot, zupełnie przeciwny naturze świni, nie walczył dzielnie. Świeć Matko Łowów nad jego duszą, przeżegnała się w myśli, bez wiary we własne słowa, Jaszczurka, kiedy podnosiła się z ziemi po tym, jak guziec kopnął powietrze po raz ostatni. Zerknęła ku niebu, ku sunącym pod chmurami olbrzymom. Oblewające ją w podobnych chwilach poczucie małości przydało przekonania wewnętrznej Samarytance, którą stała się tego poranka. Na świecie byli więksi i potężniejsi od niej, było tyle sił, przeciwko którym nie śmiała walczyć i uderzeń, przed którymi nie miała szans się osłonić. To, co zrobiła, nie miało większego znaczenia, pomyślała więc, a potem przestała się nad czymkolwiek zastanawiać i chociaż czuła w żołądku delikatne łaskotanie głodu, zupełnie nie miała ochoty jeść i odmówiwszy sobie kęsa świeżego mięsa, położyła się jak lampart na grubszym konarze jednego z tych powalonych nad norą drzew, który zwisał gdzieś niedaleko wejścia do niej. Może, chociaż nie była tego pewna, Kayla nadal znajdowała się nadal w środku.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 30-03-2018

Tymczasem jej myśli powędrowały daleko choć były puste i zdawały się nie wzbudzać w pamięci żadnych obrazów. Nie zauważyła kiedy, ale zupełnie jakby leżała na kłodzie na wartkim nurcie rzeki i bezwładnie wpadła w toń, z którą nie mogła się równać. 
Ale te ciepłe ramiona boga snów tak przyjemnie mierzwiły ciężki kłąb bólu pod twardą kostną skorupą czaszki i zdawały się ledwie muśnięciem ściągać nieznośny balast z kończyn. Ten serdeczny uścisk zdawał się być niezmiernie kuszący a ona łaknęła bardziej bo dawno nie zaznała niczego podobnego... choć może to było to samo uczucie, które nachodziło ją każdej nocy?
W końcu pojawiły się i obrazy a Kayla płynęła w miękkim morzu traw swojej ojczyzny, moczyła łapy w przyjemnie chłodnej wodzie towarzysząc starej słonicy, jasnej i złotej jak samo słońce choć łagodnej dla oczu. Pamiętała jej oczy i przyjazny wyraz pyska, miękką trąbę, która ostrożnie i z nieporównaną serdecznością gładziła zmarszczone zmartwieniem czoło młodej lwicy. Łagodne, gładkie i czyste jeziorko błyszczało i łagodziło zmęczone ciało, koiło chłodem i delikatnością. Kayla położyła się grzbietem na jego tafli spoglądając z uśmiechem na słonicę, która z każdą chwilą traciła kształt aż wreszcie stała się białym obłokiem. Wyciągnęła obie przednie łapy ku górze chcąc złapać to co ulotne, ale próżno było już szukać tej cudownej, szlachetnej postaci. Lwica nie łudziła się, szybko wyjaśniła sobie, że słonica odeszła. 
Gdy do jej uszu dotarło szczekanie leżała już wśród traw i mchów. Obróciła łeb dostrzegając dawnego przyjaciela, szarego jak ziemia i złotego jak piach pustyni szakala Nifu. Zatańczył wokół lwicy raz i drugi, a gdy ta podniosła się on podszedł i objął ją obiema przednimi łapami. Ten uścisk był jak prawdziwy a Kayla czuła go na własnej skórze.
Złocisty lew o równie złotej, połyskującej gwiazdami grzywie delikatnie przytknął łapę do ciężkich powiek Kayli i koił ją najlepiej jak potrafił. 
Och Morfeuszu! Jakże przyjemne są twe ramiona!



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 30-03-2018

I ona zasnęła. Oparła podgardle na łapie i zamknęła oczy, a potem nie śniła o niczym i o niczym przed swoim niewydarzonym snem nie myślała, a następnym, co się stało po tym, jak zamknęła oczy, było tylko raptowne uniesienie łba, bo jej policzek ześlizgnął się i byłaby jej głowa zawisła luźno w powietrzu. Westchnęła wtedy cicho, mrugnęła leniwie ślepiami i pomasowała odgniecioną skórę na kości jarzmowej, rozglądając się wokół w próbie zorientowania się, ile czasu minęło. Słońce przewędrowało po niebie odległość równą szerokości łapy, więc więcej, niż myślała, że zajmie jej oczekiwanie na Kaylę. Spojrzała w dół. Guziec leżał przed wejściem, jak go zostawiła. Dźwignęła się, rozprostowując jeszcze na konarach, zmięta niewygodą i pognieciona w rysach gniewnym zastanowieniem. Ziemia przyjęła jej miękki skok i poniosła delikatnym drżeniem, uprzedzając w razie potrzeby dzikuskę. Zajrzała przez kotarę z roślin do nory.
Chudy bok unosił się powoli i opadał w wycieńczonym, głodnym oddechu. Dało się słyszeć powolne sapnięcia Kayli, budzące niepokój i zarazem sprawiające wrażenie zupełnie błogich. Jaszczurka obadała krytycznym okiem całą chudą sylwetkę, na moment zapatrzyła się w próżnię, myśląc głęboko. Gdyby nie minęło tak wiele czasu...? A może nie minęło go jeszcze wystarczająco?
Zniknęła.
Girlandy zakołysały się resztką jej obecności.
W intensywnej zieleni lśniło jeziorko. Małe i najpewniej tylko okresowe. Nie prowadziła do niego żadna ścieżka i spod nory nie było go widać, leż już sylwetkę siedzącej przy nim Zenzelé, poplamionej blikami odbijającego się od tafli światła, owszem. Obok niej leżał martwy ptak, dorodna kokosza perlicy, której upolowanie zajęło dużo czasu i sprowadziło na polanę głębokie popołudnie w kolorze sepii. To były ostatnie chwile przed tym, zanim lwica miała przekuć nieopuszczający jej od kilku godzin grymas niezadowolenia w czyn. Ale tymczasem trzymała ją przy jeziorze przedwieczna Wątpliwość. Była jak rana w piersi, nie pozwalała na ruch i więziła wpół kroku. Przywoływała wspomnienia wszystkich zaprzepaszczonych szans i win, wszystkich przegranych spraw. Zenzelé schła pod jej naporem w oczach i chociaż półsiedziała, wsparta plecami o omszały głaz, i dłubała pazurem w czaszce perlicy, wyjadając wydobywane z niej resztki móżdżku, zacięta na pysku jak stary żeglarz, znać było jak na dłoni, że toczy się w niej zawzięta walka.
Ethan.
Indra.
Pierdolić ich wszystkich, myślała.
Hreidar.
Belial.
Tego szczególnie, chuja.
Czaszka pękła w jej łapie jak ślimacza muszla. Nie spodziewała się, że przerazi ją sama myśl o kolejnym.
Byłby geniuszem ten, który dopatrzyłby się w jej rysach troski, będącej kamieniem węgielnym wielkiej fortecy, którą zbudowała w swojej głowie tego dnia, a idąc przez wysoką, kwaśną zieleń traw ku kryjówce Kayli, patrzyła na siebie i na nią z samego jej szczytu, wartowniczka w wieży. Lecz może jej już tam nie było, tamtej lwicy z pręgą na grzbiecie. Może coś zjadła i odeszła, a może usnęła z wycieńczenia nieodwołalnym snem i zostawiła jej w spadku swoją norę.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 03-04-2018

Była blisko czegoś na prawdę niebezpiecznego. Bo coraz bardziej podobał jej się ten stan zawieszenia, w tym śnie, który był tak przyjemny, który przynosił ukojenie. Gdyby była bardziej świadoma w tym momencie może i podjęłaby ostateczną decyzję, by skrócić sobie cierpienie, by pozostać w tym śnie na zawsze. Nie panowała jednak nad tym i wkrótce jej powieki zadrżały i otworzyły się pozwalając oczom patrzeć. Do jej nosa znów dotarł zapach stęchlizny. 
Podniosła pysk i rozejrzała się przymykając wciąż klejące się od kuszącego snu oczy, dostrzegła jak liany poruszały się rytmem czyjejś obecności albo wiatru, który nieco chłodny zdawał się wpaść do nory. 
Intruzki nie było obok. Nie czuła jej ciepła, zapachu jej ciała i oddechu. Odetchnęła myśląc, że może odeszła pozostawiając Kaylę samą. Mało powiedzieć, że biedulka byłaby jej za to wdzięczna. Nie była bliska temu by czuć do niej cokolwiek poza strachem.
Wkrótce poczuła jeszcze jeden zapach. Wyjątkowo kuszący i metaliczny obiecujący jej żołądkowi i kłom to czego tak bardzo pragnęły. Myślenie wyłączyło się w jej głowie, szybko, instynktownie podniosła się i podążyła chętnie za zapachem guźca. Wyścibiła więc nos spomiędzy girland nie zwracając uwagi na otoczenie. Po prostu objęła łapami prosiaka i starając się zachować w miarę możliwości ciszę, po prostu zaczęła jeść. 



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 05-04-2018

Ani jednej myśli o tym, kto zastawił stół. Ani powiewu zastanowienia. Lwica obejmuje łapami truchło i zatapia kły w jego żylastym mięsiwie. Krew ścieka jej po brodzie. Płynie jedną, dwiema, trzema strugami. W oczach odbija się gorące, późne popołudnie w kolorze czerwonego piachu, wysokie drzewa niby palmy, przelatujące za nimi stada ptaków. Nie ma widoku, jest tylko smak i zapach mięsa, budzące zmysły. Wszystko zaczyna się od języka, który miele pożywienie i wpycha je do gardła. Następnie chrzęst rozcieranych siekaczami chrząstek zagłusza wszystko, jest jak rozkosz.
Zenzelé patrzy na nią, jakby pożywiała się sama. Jest znowu głodna, chociaż zjadła przed chwilą perlicę. Garbi się i nachyla do przodu, ale dzieli ją od Kayli i jej posiłku długość trzech skoków, więc może tylko pożerać prosiaka wybałuszonymi ślepiami. Nie wiadomo, kiedy się tam znalazła, kiedy zatrzymała się, usiadła i przeobraziła się w posąg łakomstwa. Ale oddaje teraz demonom swoją duszę, modli się, by czuć ulgę Kayli, posmak krwi na podniebieniu zaspokajający pragnienie. Ma tylko jedno życie i czuje, że nie będzie ono 
wspomnienia warte, jeżeli nie znajdzie się znowu na pustyni i nie będzie doić wielbłądzicy własnymi wargami i pić jej mleka, pachnącego jak sawanna po pożodze. Wtedy jednak orientuje się, co robi, że jest o drgnienie wibrysa od stracenia równowagi i przewalenia się na pysk. Może wtedy też zauważa ją Kayla, ducha wśród tańczących swój pierwszy wieczorny taniec moskitów, przydymioną sylwetę na tle rozjarzonego nieba, ze słoneczną aureolą wokół łukowato sklepionego łba, jej anioła, tego drugiej kategorii — kpinę bogów.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 08-04-2018

Smak krwi był tym co sprawiało, że czuła jak wraca do niej życie, niby wampir, który zabójczym ugryzieniem ratuje się od obrócenia się w bezwładny słoneczny pył tak ona ratowała się od wiecznego popiołu choć wolność dryfowania na grzbiecie wiatru zdawała się być kuszącą. Obejmowała źródło wody życia z namiętnością i zagryzała ją najprawdziwszą ambrozją mimo, iż miała ona prawdziwie łykowatą strukturę. Kto by pomyślał, że te dwa święte pokarmy skryte są w zaledwie brudnym i szpetnym prosięciu. Również ta postać jakby boska, siedziała na wprost Kayli, która podniosła na nią przymrużony, podrażniony ostrą wiązką światła wzrok błękitnych ślepi w momencie gdy coś ścisnęło ją w żołądku. Nieprzyjemny ból spowodowany brakiem umiarkowania, gdy żołądek zdawał się być zmarszczony i skulony niczym orzech, sprawił oprzytomnienie zamroczonego ucztą umysłu. 
Wyglądała jak duch złączony z szarością zmierzchu, która spokojnie unosiła się wraz z duchotą nad wzniesieniem, które prowadziło do boru kilka chwil temu opuszczonego przez Zenzele. Duch oprzytomnienia, duch szczery i wymowny w swojej prostocie. Skalane cieknącą posoką oblicze Kayli zdjęło się boleścią, ale i pewnego rodzaju obrzydzeniem. Na razi lwica odsunęła od siebie sponiewierane truchło i cofnęła się w stronę nory. Skryła oczy w cieniu zielonej girlandy dając im wytchnienie od przenikliwego szkarłatu i złota. Cisza. Co nastąpi po niej nie jest tajemnicą. 



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 08-04-2018

Oblewa ją wstyd albo jeszcze coś innego, co Zenzelé nie wie, jak się nazywa. Pełza to po jej jasnym pyszczku, który pocięty kołyszącymi się lekko mocnymi cieniami girland twardnieje w maskę onieśmielenia. Jej niebieskie oczy unikają spojrzenia złotych, próbujących zasadzić się na nie jak na pożywne jaja wykradzione z ptasiego gniazda.
Mnie nie wstyd jeść kradzionego — zauważa Wróżka, jakby wcale nie przedzielał ich cały dzień milczenia. — A gdyby ktoś rzucił mi ochłap mięsa, zjadłabym też jego.
Później patrzy na nadjedzonego guźca z mieszaniną troski, bo Kayla nie wygląda na uszczęśliwioną sytym posiłkiem, i niezrozumienia, bo nie wie dlaczego. Studiuje zmierzwienia jego sierści, włókna mięśni, bada go wzrokiem bardzo uważnie, nie spieszy jej się, by dojść do zadowalających wniosków jak najprędzej. I nie rusza się z miejsca, dając Kayli przestrzeń na ruch i na myśl niezmącone strachem przed utratą czegokolwiek, norki, obiadu, swobody wypowiedzi.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 08-04-2018

Ani myślała na razie wyścibić nosa z nory. Nagłe słowa Zenzele nie dodały jej śmiałości i wciąż czuła się najbezpieczniej ze kurtyną badyli, łodyg i lian. Powietrze zaczynało robić się bardziej parne niż wcześniej ale ziemia pachniała coraz ładniej. 
Kiedy spojrzała w stronę bezuchej lwicy dostrzegła, że światło, które dodawało jej powabu i powagi zaczynało ustępować chmurom, które wyglądały z tej perspektywy dość gniewnie. Czerwień i oranż wieczornego nieba, tłumionego szarością wilgotnej ziemi powoli stawał się w sinofioletową masą. Wciąż jednak nie było ani wiatru ani żadnego grzmotu. Nie spadła ani jedna kropla deszczu. Jeszcze. 
Wiedziała, że Jaszczurka pomyliła się w swoim osądzie, ale długo nie mogła wykrztusić z siebie żadnego dźwięku. Siedziała jak kamień bez ruchu, pozwalając sobie od czasu do czasu zerkać w przestrzeń między łodygami i lianami skąd miała dość dobry widok na Zenzele. W końcu zebrała się w sobie, otworzyła niemo pysk, ale chwilę potem udało jej się wydusić delikatne:
- To nie wstyd.



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 08-04-2018

Raptownie podniosła na nią wzrok. Musiała powrócić myślami do słów, które zdążyła już puścić na wietrze, ważąc, mierząc i oceniając ciało świni, kiedy Kayla milczała. Patrzyła więc na nią chwilę, zdawało się, tępo, bezmyślnie, a gęstniejący zapach łaknącej kolejnego deszczu ziemi wsączał się w jej skórę, ciemniejącą pod chmurzącym się niebem. Moskity, które do tej pory wirowały wokół niej w nieładzie, poczęły kreślić w powietrzu kształty ostre, naznaczone nerwowością. W końcu nie wytrzymała — napięcia we własnej głowie i powietrzu, tężejącemu nadchodzącym deszczem. Pociągnęła nosem, skrzywiła pół pyska, odchylając się nieco i przecierając wargi brzegiem łapy w niekontrolowanym odruchu. Wtedy też odzyskała w patrzeniu ostrość i poczęła omiatać wzrokiem kołyszące się na granicy polany drzewa o postrzępionych dramatycznie gałęziach
Więc najedz się, bo... — Przerwała sobie, podniosła łapę do pyska raz jeszcze, przetarła nos. Zaraz jednak wskazała nią mięso i dokończyła: — Bo zanim lunie, utopię to w jeziorze, żeby nie ściągnęło głodniejszych od nas.
Wstała potem, ale nie odeszła od zajmowanego do tej pory miejsca. Ustawiła się bokiem do wiatru i popatrzyła w kierunku, z którego nadeszła do nory, ku jeziorku, którego niewidoczna stąd tafla łyskała po wysokiej trawie światłem, marszczona w mnóstwo odłamków. Myśli pędziły przez jej głowę jak naprędce szukające schronienia przed deszczem ptaki. Niechże się pośpieszy, ta lwica. Jaszczurka spojrzała na nią, odwróciwszy szybko łeb. Wyglądała na zagniewaną, czoło miała zmarszczone, wargi lekko wydęte, brwi skupione blisko siebie.
Zenzelé — powiedziała, przyglądając się Kayli uważnie, cokolwiek ta wtedy robiła. — Tak mam na imię.


RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Kayla - 08-04-2018

Nie rozumiała, najwyraźniej nie rozumiała co Kayla chciała jej przekazać. Nic jednak dziwnego, w sytuacji podsunięcia głodnej i wychudzonej lwicy mięsa pod nos nikt nie spodziewałby się wybrzydzania, a jednak tak się stało. Kayla nie dobrze wiedziała czemu tak się stało, ale jeszcze nie umiała z siebie tego wykrzesać. 
Więc utop.
Zmarszczyła nos, ale również i w tej sekundzie nie opuścił gardła lwicy żaden dźwięk. W końcu wzięła oddech i po paru niemych i nieśmiałych próbach w końcu się zdobyła i niemal równo z błyskiem gromu powiedziała:
- Ale ja nie mogę! 
Żołądek wciąż ją bolał od zbyt szybkiego napychania się sporą ilością pożywienia na raz. Nieprzyzwyczajony do częstego jedzenia organ zwyczajnie rozciągał się zbyt wolno by mogła szybko pożreć całego guźca. Sapnęła pozwalając Zenzele się przedstawić. Posłała jej spojrzenie kątem oka.
- Kayla - odparła cicho a za chwilę zawtórował jej deszcz.



RE: Krokodyla daj mi luby! [Kayla i Szawolcs] - Zenzelé - 08-04-2018

Odległe, białe światło błyskawicy odbiło się w niebieskim oku ostrą iskrą. Lecz podobnie jak bywa z piorunem, tak i z gniewem Kayli nie nadszedł spodziewany po zobaczeniu błysku grzmot. Jaszczurka patrzyła na lwicę w ciszy odliczanej do pędzącego z daleka ku ich uszom huknięcia. Była spokojna, jak i spokojnym było oczekiwanie ptaków i kłaniających się burzy coraz niżej roślin, w miarę jak zrywał się coraz mocniejszy wiatr.
Podeszła do zdobyczy. Kiedy chwyciła ją w zęby, przetoczyły się przez powietrze grzmot i imię Kayli. Mrugnęła powoli, jakby kłaniała się w odpowiedzi albo tylko zwierała szczęki, podnosząc truchło. W krótkiej chwili, kiedy znowu znalazły się blisko siebie, zerknęła ku niebieskim oczom, nie będąc pewną, czy widzi prawdziwą lwicę, która odwzajemnia jej spojrzenie z jeszcze większą niż ona natarczywą uwagą. Nie dowiedziawszy się niczego na pewno, odeszła zdecydowanym krokiem, prowadząc za sobą awangardę deszczu niby dowódca wygranej bitwy o ulewę.
Guziec zatonął, ostatnia pod wodą zniknęła jego racica.
Wróciła. Łeb niosła nisko. Nie zwracając uwagi na Kaylę, chciała minąć ją w wejściu do nory i znaleźć się w suchym wnętrzu jak najszybciej, by rozchmurzyć się chociaż trochę, wezbrać w utracony entuzjazm straceńca. Nie przypuszczała, by mogło to być problemem, w lwicy, do której się zbliżała, rozumiała na razie tylko ból, który przybierał rozmaite formy, nie mogąc poznać swojego prawdziwego kształtu, a takim można było łatwo manipulować. Tak przynajmniej myślała, kiedy wchodziła do środka. I burczała na siebie za to w myślach, chociaż podpowiadała sobie samej mnóstwo usprawiedliwień. Teraz przynajmniej znały się po imieniu, a czy nie lepiej dzielić legowisko z kimś znajomym?