<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Król Lew PBF - <font color="green">Opowiadania</font>]]></title>
		<link>//pbf.krollew.pl/</link>
		<description><![CDATA[Król Lew PBF - //pbf.krollew.pl]]></description>
		<pubDate>Wed, 29 Apr 2026 12:01:38 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Opowiadanie na młodszego zaklinacza]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2971</link>
			<pubDate>Fri, 25 May 2018 14:46:33 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2971</guid>
			<description><![CDATA[Myśli kłębiły się w jego zwieszonej nisko głowie, gdy ledwo szurał zmęczonymi łapami po piaszczystym podłożu. Gdzie był? Nie miał pojęcia. Nie obchodziło go to. Parł przed siebie, choć wolałby legnąć i po prostu zdechnąć w miejscu. Zapadnięte boki i prześwitujące żebra zwiastowały jego rychły koniec, czasem mu się wydawało, że kątem oka widzi sępy podążające jego śladem. Zasrane ptaszyska. Dobrze, niech chociaż one mają pożytek z jego marnego truchła. Szedł dalej. Wycieńczenie dawało mu chorą, szkodliwą satysfakcję, myśl, że w ten sposób szybciej doprowadzi się do końca. Zresztą, ostatnio już przeleżał w miejscu parę dni… Chyba. Już nie pamiętał. Nie pamiętał wielu ostatnich dni. Za to pamiętał te wcześniejsze. <br />
Jego matkę. Oddała życie za takie bezużyteczne ścierwo jak on, robiła wszystko dla swoich dzieci, a czy było warto? Może w przypadku reszty tak. On zasługiwał na to najmniej. Powinna była żyć, żyć dla reszty, pozwolić jemu zginąć. Oddać go w ofierze agresorowi. Oszczędziłaby wszystkim kłopotu. <br />
Łzy zakręciłyby się w jego oczach, gdyby nie to, że był paskudnie odwodniony, pomimo deszczów. <br />
Jego ojca. Nic dziwnego, że zwiał, kto chciałby się zajmować tak wyrodnym synem? Zostawił ich, ich wszystkich, mamę, i jego rodzeństwo. Skurwiel. Arvo chciał odgryźć sobie swoją własną, szarą łapę, by pozbyć się tego dziedzictwa po ojcu, lecz wtedy jeszcze nie potrafił się na to zdecydować. Teraz już było wszystko jedno. <br />
I tak całe ciało miał poryte śladami pazurów i kłów, tam, gdzie tylko sięgnął. <br />
Tene. Kochana Tene, zajęła się nim, bezwartościową sierotą, która nie miała nic na świecie. Próbowała z niego zrobić lwa, jak należy, a czym on się jej odwdzięczył? Odwrócił się, zostawił ją, zwiał. Śmieć. Nie zasługiwał na nią. A może właśnie? Był skończonym idiotą, lecz widział, jak toksyczna potrafiła być jego przybrana matka. Nie zasługiwał na nikogo lepszego, i tak była ogromnym darem od losu, że w ogóle pomogła mu przeżyć.<br />
Słońce prażyło, gdy młody lew, drżąc jak galareta, stawiał swe ostatnie kroki. <br />
Tib. Po stracie ukochanego podopiecznego, dostał kolejnego, kolejną szansę. Betonowe koło ratunkowe, bo trafił mu się właśnie złotosierstny młodzik, sprawa beznadziejna, nic nie dało się zrobić. Arvo z całego serca mu tego współczuł, i było mu wstyd, że tak się potoczyło ich życie. Wielokrotnie w nocy go przepraszał, szepcząc litanię do gwiazd, choć wiedział, że on nie usłyszy. Ale kolorowooki i tak czuł, że musiał go przeprosić za to, że w ogóle go spotkał. <br />
Myśli wciąż krążyły w jego głowie, przejmujące, szarpiące, kąsające. Nie chciały przestać. Nie chciały odejść. Nic nie potrafiło ich odgonić.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie powinieneś żyć. Nie powinieneś się urodzić. Czemu istniejesz? Czemu marnujesz wciąż powietrze, tak drogocenne dla innych? Jakim prawem polujesz, odbierasz cudze życie, po to, żebyś ty żył? Nawet najmarniejsza mysz jest bardziej przydatna niż ty. Idiota. Zdrajca. Dziwak. Nieprzystosowany do życia pośród stada, lwów, kogokolwiek. Nie możesz pić wody, inni potrzebują jej bardziej niż ty. Dlaczego w ogóle zabierasz słońce i rzucasz cień na rośliny, które potrzebują tych promieni do życia? Dlaczego wciąż żyjesz? Dlaczego wszyscy, których kochałeś, zginęli, a ty nie? Dlaczego twoja matka się poświęciła dla ciebie? Zawiodłeś ją. Zmarnowałeś jej dar. Nie jesteś nic wart. Bezużyteczny. Bezwartościowy. Powinieneś umrzeć, umrzeć, umrzeć, umrzeć…</span><br />
- Umrzeć – wycharczał słabo, ledwo słyszalnie. To było jego marzenie, jego pragnienie, jego cel. I nawet tego nie potrafił osiągnąć, nawet życia nie chciał oddać. Powinien skończyć już dawno temu z samym sobą, ale NAWET TEGO KURWA NIE POTRAFIŁ!<br />
Ale już było blisko, już tuż, tuż. Czekał. Pragnął. Chciał. Bał się. Cierpiał. Ale to zakończy cierpienia, to uciszy te myśli raz na zawsze, to rozwiąże wszystkie problemy. <br />
Tak.<br />
Czekał. <br />
Jak do tego w ogóle doszło? Gdy jeszcze było lepiej, zadawał sobie to pytanie raz po raz. Z wyrzutem szukał odpowiedzi, choć szybko zaczął winić samego siebie, oczywiście.<br />
Gdy uciekł Tene, radził sobie z początku doskonale. Wreszcie zakosztował błogiej wolności, gdzie nikt nie mówił mu, co ma robić, jak żyć, nie dawał świetnych rad, gdzie mógł po prostu iść przed siebie. Oddychać pełną piersią. Umiał polować, umiał się wyżywić, choć może w praktyce było to nieco trudniejsze, niż sobie wyobrażał. Jednak jednego nie przewidział. Był samowystarczalny i dał radę przeżyć samemu, tak jak sam chciał, lecz gdy nikt nie mówił mu jak żyć, nie musiał się niczym przejmować… Zostawał ze swoimi myślami zupełnie sam. Nie miał do kogo się odezwać. Z nudów zaczął wspominać dzieciństwo, historie ojca, lecz to szybko prowadziło do tamtego feralnego dnia, a następnie kolejnego i kolejnego. Analizował to w myślach, lecz analizował zbyt dogłębnie.<br />
A przecież on i tak nigdy nie miał najlepszego zdania o samym sobie.<br />
Pozostawiony tylko swoim myślom, bez cudzego słowa pociechy, szybko zaczął tonąć w nich tonąć. Nie miał do kogo się zwrócić po pomoc, nawet gdyby umiał poprosić. Brakowało mu powietrza, zachłystywał się, przebierał bezładnie łapami we własnej świadomości, która karmiła go trucizną. <br />
Spadał w dół i  nie mógł nic na to zaradzić. <br />
Ześwirował.<br />
A może zawsze był świrnięty, i to było tylko kwestią czasu, nim czerń jego myśli pochłonęła go do końca? A może po prostu jego biedne serce nie wytrzymało tylu cierni wbitych w nie na zawsze. Jego głowa nie wytrzymała tylu wyrzutów skierowanych do samego siebie. <br />
A teraz jego łapy już nie miały siły utrzymywać dalej jego wątłego ciała. Upadł ciężko na ziemię, ryjąc pyskiem o glebę. W ciszy. Nie było jęku bólu, zmęczenia, niczego. On słyszał tylko swoje myśli: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To jest właśnie twój koniec, równie żałosny co ty. Wreszcie zdechniesz, wreszcie uczynisz świat lepszym. Prochem jesteś, w proch się obrócisz. Od początku do końca bezwartościowy…<br />
 </span>On tylko chciał, żeby to się skończyło. Wszystko.<br />
Zamknął ciężko powieki, czując, jak świat rozmywa się we mgle. Pozostał tylko jeszcze ból i te złe, złe, złe, jego własne myśli. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ścierwo, miernota, pasożyt, idiota, dureń, pokraka, słabeusz, mięczak, zjeb, nigdzie nie pasujący, marnotrawny</span><br />
- Och jej, och jej!<br />
Drgnąłby, gdyby tylko miał jeszcze na to siłę, więc jedynie zmrużył nieco mocniej powieki. To nie były wyzwiska, to chyba nie były już jego myśli. Czy był już po drugiej stronie? Czy już umarł? Czy w końcu mu się udało? Nie, bo dalej jego szepty nawoływały go do zdechnięcia, dalej czuł przejmujący ból w każdej cząsteczce ciała. Poczuł też jednak zaraz kolejny ból, zogniskowany w jednym konkretnym punkcie ciała, a zaraz kolejnym, i coś jakby cień padło na jego pół żywe ciało.  Jeszcze jedno „Och jej!” wdarło się w jego uszy, tym razem o wiele bardziej bezpośrednio. W ogromnym wysiłku rozwarł powieki i ujrzał niewyraźny, owłosiony ryjek. <br />
- Och, kochany, co ci się stało? Czego ci potrzeba, wody, pożywienia, lekarstwa? – Troskliwy głos, niegdyś wydawałby mu się wybawieniem i cudem, wyczekiwał go tak długo… Teraz był tylko natarczywy i męczący. On już czekał tylko jednego wybawienia, tego ostatecznego. <br />
- Śmierci – charknął, i znów zamknął powieki, nie mogąc dłużej utrzymać ich rozwartych.<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Ciemność.<br />
<br />
</div>
A później jasność. Znów ból zaatakował go z każdej strony, lecz otępiały łeb nie potrafił go nawet właściwie przetworzyć, więc chyba mniej bolało. Dalej czuł suchość w pysku, lecz ta była jakaś normalniejsza niż efekt długiego odwodnienia. Jego nos wyczuł coś… Jadalnego? <br />
Otworzył ślepia, bardziej dlatego, że nic innego nie przyszło mu do głowy, niż z ciekawości. I znów ujrzał ten sam włochaty ryjek, który mignął mu wcześniej, lecz teraz z dalszej odległości, i do ryjka przyczepiona była cała reszta ciała – dziwny łeb, długa szyja, niemal królicze uszy, skóra która wyglądała na niemal nagą, a do tego owłosione nogi, i znów długi ogon. A między tym tworem a nim samym truchło dik dika. I miska wody. I bardziej żywy dik dik, który siedział obok, choć coś w jego głowie mu mówiło, że może „żywy” jednak nie jest najlepszym określeniem. <br />
Wewnętrzne szepty umilkły, był tylko ból i dyskomfort. <br />
- Więc mówisz, że moje ciało ma posłużyć tej kupie kości i skóry?  - Prychnięcie dik dika. – Daje mu najwyżej dwa dni i spotkamy się po drugiej stronie.<br />
- Więcej niż dwa dni to ja już go tu utrzymuję przy życiu, Karen. Mam w tym jednak pewne doświadczenie, Karen. – Włochate, nieco pomarszczone stworzenie przeniosło swój wzrok na niego. – A ty, młody, napij się i zjedz choć trochę. Karen wyjątkowo ma rację co do twojego wyglądu, ale już ja się postaram, żebyś nabrał nieco tłuszczyku! <br />
Zwierzę entuzjastycznie poruszyło swymi dużymi uszami, co nieco zdezorientowało kolorowookiego. Przełknął niepewnie ślinę.<br />
- Nie chcę – odezwał się chrapliwym, słabym głosem, i natychmiast tego pożałował. Króliczoucha nastroszyła się cała, zmarszczyła groźnie ryjek, a jej oczy zalśniły złowrogo. Jej ton z przyjaznego, choć stanowczego, zmienił się w stanowczy i zdecydowanie nieuprzejmy. <br />
– Nie ma żadnego „nie chcę”, młodzieńcze, nie po tym, co już dla ciebie zrobiłam. I nie obchodzą mnie twoje samobójcze zapędy. <br />
Drgnął, i natychmiast położył po sobie uszy. Koniec dyskusji, drżącą łapą przysunął sobie wodę i wypił, ile był w stanie, by następnie zająć się niemrawym podgryzaniem mięsa. I nagle na włochatym ryjku zagościł uśmiech tak szeroki i ciepły, że sam Arvo omal nie uśmiechnął się w odpowiedzi. Zwierzę zrobiło kilka raźnych kroków w jego stronę. Wyglądało jakoś… Zachęcająco. Po chwili wahania, zdecydował się zadać trapiące go pytanie.<br />
- Czym jesteś? <br />
Stworzenie westchnęło.<br />
- Mqeku, matrona rodu Orycteropu, przyjaciółka wszystkich stworzeń, szamanka, pośredniczka w kontaktach ze Światem Dusz. Niektórzy jednak nazywają mnie swoją babunią. Całkiem urocze. <br />
  – Poruszyła nosem jakby z przekąsem – Ale jestem mrównikiem, jeżeli o to ci chodziło. <br />
Arvo z wysiłkiem oderwał sobie kolejny drobny kęs mięsa. Potrzymał przez chwilę w ustach. Przełknął. <br />
- Szamanka? Świat… Dusz?<br />
- A owszem, młodzieńcze – przytaknęła mrówniczka – Mam tylko nadzieję, że nie jesteś jednym z tych zatwardziałych ignorantów, którzy zarzekają się, że duchy nie istnieją, nawet gdy jeden właśnie wrzeszczy im do ucha. „To tylko wiatr, Mqeku” – powiedziała, ironicznie naśladując czyjś ton. <br />
Arvo przeniósł swe zmęczone spojrzenie na dik dika nazwanego wcześniej Karen. Antylopa uśmiechnęła się, lecz nie był to radosny grymas.<br />
- Właśnie mnie jesz, lwie – odezwała się, cedząc słowa przez zęby.<br />
Złotosierstny spojrzał na nadgryzione mięso i uznał, że to już chyba czas zakończyć obiad. <br />
- Nie – odpowiedział Mqeku na jej dywagacje. – Wiem, że duchy istnieją. Zdarzyło mi się z nimi rozmawiać. Dlaczego kazałaś mi zjeść Karen?<br />
Mrówniczka świsnęła przez zęby, a jej oczy zalśniły zainteresowaniem. Przez chwilę ruszała swoim ryjkiem, wpatrując się w niego intensywnie, a złotosierstny podskórnie wyczuwał jej pytanie – skąd wie, że to właśnie ciało Karen? Lecz ono nie padło.<br />
- Żebyś mi tu nie zdechł z głodu, młody. Jesteś tego bardzo blisko, choć moje mikstury wlewane ci na siłę do gardła nieco pomogły, nie zaprzeczę. Mogę spytać, czemu postanowiłeś się doprowadzić do tego stanu? – zapytała z zainteresowaniem, choć w jej głosie pobrzmiewała też delikatna nuta przygany. Ale też patrzyła na niego miękko, ze współczuciem i ciepłem. Aż przykro mu było odpowiadać.<br />
- Nie.<br />
Zapadła cisza. <br />
- Cóż, i tak w najbliższym czasie nigdzie nie dasz rady się ruszyć, nie będziesz miał siły. I rany ci się paskudzą. Bez mojej pomocy nie przeżyjesz, a ja pomocy ci nie odmówię, zatem jeszcze zdążę to z ciebie wyciągnąć. – Potrząsnęła łbem, aż załopotały jej duże uszy, i przeciągnęła się, aż strzyknęły jej kości. <br />
Arvo jedynie spoglądał na nią beznamiętnie. Jeżeli sądziła, że cokolwiek z niego wydobędzie, myliła się grubo. Jeżeli sądziła, że naprawdę zdoła mu pomóc, tym bardziej się myliła. <br />
<br />
Lecz to on się mylił. Mqeku, żywotna staruszka bogata w mądrość przyrodzoną, oraz tą wynikającą z lat doświadczeń, była też tak pełna ciepła i wyrozumiałości, że nie dało się jej nie lubić. Nie dało się jej nie zaufać. Złamała go, i gdy cierpliwie leczyła jego ciało, nakładając maści oraz dbając, by się właściwie odżywiał, wciąż i wciąż wciągała go w rozmowy, które powoli leczyły jego duszę. Najbardziej jednak zaskoczyło go to, że przy Mqeku wiecznie znajdował się co najmniej jeden duch, i często zachowywały się one tak, jakby wpadły do starej znajomej na pogaduszki. Mrówniczka traktowała duchy tak samo jak żywe stworzenia, zupełnie jakby nie robiło jej to żadnej różnicy. To go fascynowało. A ona szybko dostrzegła, że nie ma on żadnego problemu z dostrzeganiem, usłyszeniem oraz wyczuciem duchów, i nie mogła przejść koło tego obojętnie. Zachęcała go do rozmów z duszami, dziwacznymi pytaniami zmuszając do zastanawiania się nad wieloma kwestiami, o których nigdy wcześniej by nie pomyślał. A jednocześnie odpowiadała na wszystkie jego pytania tak wyczerpująco, że każdy kolejny dzień był dniem nauki. Odkąd tylko był w stanie poruszać się o własnych siłach, nie odstępował jej ani na krok. Mqeku zauważyła, że Arvo miał smykałkę do kontaktów ze Światem Dusz, więc próbowała nauczyć go jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, bo rozumiała, że nie miała go zbyt wiele. A nie było to proste, bo jednocześnie musiała łatać jego pogruchotaną psychikę, wykazując się przy tym nadzwyczajną łagodnością. Lecz każdy jego mały sukces na polu szamańskim dawały mu radość i namiastkę pewności siebie, której tak mu brakowało. Przy okazji, odkryli jedną ciekawą rzecz – prawym, szarym okiem o wiele wyraźniej widział duchy, niż lewym. Gdy uczył się rozumieć problemy zmarłych, zaczynał rozumieć swoje własne. Ze wsparciem Mqeku, myśli nawołujące do śmierci przycichły, odzywały się coraz rzadziej. Aż mrówniczka mogła w spokoju zostawić go na jakąś chwilę, wypuścić na samotną wyprawę, mając pewność, że wróci do niej bez powiększonej kolekcji drobnych ran, które sam sobie zadawał, a które pomimo jej starań nie chciały się zabliźnić bez śladu. Zatem wysyłała go na pomoc różnym zbłąkanym duszyczkom, które potrzebowały przysług bądź informacji, a nie potrafiły w swoim stanie poradzić sobie same. Sama już miała coraz mniej siły by to czynić, starość coraz bardziej jej przeszkadzała. <br />
Tylko do jednego nie pozwalała mu się zbliżać. Któregoś dnia stara mrówniczka zabrała lwa na lekcję z ziołami, jak to nazwała. Synowi medyczki nie wydawało się to być niczym nadzwyczajnym, choć nie był pewien, po cóż Mqeku jakiekolwiek zioła. Ona jednak najpierw zaprowadziła go na pole pełne rośliny przypominającej miętę, lecz o nadzwyczajnie nęcącym zapachu. Następnie pokazała mu ziele o dziwnych, żółtych kwiatach poprzetykanych ciemnymi żyłkami i o czarnym wnętrzu. Wytłumaczyła ich działanie, a następnie surowo zakazała mu kiedykolwiek ich używać. „W twoim stanie, chłopcze, narkotyki są ostatnią rzeczą, po którą powinieneś sięgać.”*<br />
Gdy wyznała Arvo, że jej czas już nadszedł, złotosierstny załamał się. Po raz kolejny osoba, którą zdołał w jakiś sposób pokochać, która przyjęła go pod swe skrzydła, opiekowała się nim, musiała odejść. Po raz kolejny ktoś mu bliski musiał umrzeć. W jednej chwili wróciło wszystko to, co kąsało jego serce, lecz Mqeku przyrzekła mu, że nie opuści go po swej śmierci, zostanie z nim tak długo, aż przestanie jej potrzebować. Nieco pocieszony jej obietnicą, towarzyszył jej w ostatnich chwilach jej życia. Umarła spokojnie, po prostu pozwoliła swemu zmęczonemu ciału oddać ducha. <br />
Łzy zdążyły wyschnąć na jego pysku, gdy pojawiła się u złotego boku ponownie, już w niematerialnej postaci. Kochana Mqeku, ciepła i wspierająca jak zawsze. To ona zasugerowała mu, by spróbował powrócić na rodzinne ziemie, by pozamykać pewne sprawy i odciąć się od swej przeszłości całkowicie. „Jeżeli chcesz prawdziwego nowego startu, musisz zakończyć poprzednie życie. Wystarczy w przenośni, nie dosłownie.”<br />
 <br />
 <br />
- Nie masz po nich naprawdę żadnej pamiątki? – zapytała Mqeku po raz kolejny, marszcząc ryjek w niezadowoleniu.<br />
- Już ci mówiłem. Skąd niby miałbym mieć? Odszedłem z rodzinnego domu dość przypadkowo. – Położył po sobie uszy, czując się niczym dziecko ganione przez rodzica. Mrówniczka raz po raz kręciła z niezadowoleniem głową.<br />
- To trzeba było mówić wcześniej, ja nie miałabym żadnego problemu z odnalezieniem ich z użyciem twojej krwi. A teraz to będzie o wiele trudniejsze… Ale spróbuję ci pomóc – westchnęła. Arvo natychmiast podniósł uszy, na jego pysku zalśnił uśmiech, zjawisko wciąż zdecydowanie zbyt rzadkie. <br />
Plan był prosty. Skoro był już szamanem, a nawet Mqeku przyznała, że zasługiwał na to miano (choć wciąż powtarzała, że daleko mu do profesjonalizmu), mógł skontaktować się z duchami swej zmarłej rodziny, prawda? Odwiedziłby miejsce śmierci Milele, dowiedział jak dokładnie skończyła jego matka, a może któraś z nich wiedziałaby, co się stało z resztą? Gdzie podziewa się Logan, czy Kasill i jego ojciec jeszcze w ogóle żyją? Choć jego priorytetem na razie była właśnie szara siostrzyczka, bo coś mu mówiło, że ona zapewne gdzieś radośnie pałęta się jeszcze po ziemiach czterech stad. <br />
Dlatego teraz stał na niewielkim wzniesieniu, całkowicie pozbawionym drzew i krzewów. Nudne do bólu łyse pole. Mqeku mówiła, że w ten sposób duchom łatwiej jest znaleźć wołającego. „A w twoim przypadku każde ułatwienie będzie istotne.” Dlatego przygotowywał się pieczołowicie. Uprzątnął teren, wydeptał w trawie odpowiednie szlaki i ułożył kolorowe kamienie w sobie tylko znanym schemacie. Owe kamienie dostał w spadku po Mqeku, miały wydrapane na sobie runy i każdy z nich symbolizował coś innego. Cztery największe i najważniejsze oznaczały cztery strony świata, pozostałe były między innymi symbolami rodziny, śmierci czy życia. Cały czas towarzyszyła mu przy tym mentorka, nieustannie poprawiając i doradzając. <br />
Aż nadszedł ten najważniejszy moment. Arvo stał w środku swego dzieła, odetchnął głęboko, i sięgnął zębami do własnej łapy. Niemal się nie skrzywił, gdy rozerwał swą skórę i pociekła krew. Kolejna niewielka blizna do jego kolekcji, nic wielkiego. Krwawym atramentem wyrysował na swym pysku oraz łapach kilka ostatnich znaków, po czym usiadł. Zamknął oczy. Uspokoił się, skupił, i zaczął oddychać jeszcze głębiej. Przy jego boku czuwała Mqeku, równie zaabsorbowana.<br />
Sięgnął myślami, duszą o wiele dalej, niż pozwalało jego ciało, o wiele głębiej, poza granicę świata materialnego. Jego krew wołała tonem czystym i głośnym, szukając podobnej sobie. <br />
Aż zawiał wiatr. Echo poniosło śpiew krwi daleko, wywołując poruszenie wśród duchów, prosząc je o pomoc. <br />
A one odpowiedziały.<br />
Opowiedziały o małej, ślepej lwiczce, która była pośród nich już od dawna, i dawno temu znalazła spokój, nie szukając kontaktu ze światem, który wyrządził jej tyle cierpienia. Opowiedziały, by nie szukać już Milele, by nie wybudzać jej ze snu wiecznego, by nie sięgać tak daleko.<br />
A później zapadła cisza, cisza niezręczna i pełna niepokoju, a wykrzywiony pysk Arvo podpowiadał, jak wiele wysiłku wkłada on w dalsze poszukiwania swej rodziny. Mqeku pomagała mu jak tylko mogła, lecz i ona niewiele potrafiła wskórać. Aż ciszę przerwał nieznany im głos.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Twojej matki tu nie ma, wnusiu. </span><br />
Arvo zachłysnął się powietrzem, otwierając gwałtownie dwukolorowe ślepia. Jego wcześniej spokojny oddech teraz był tak szybki, jakby dopiero co próbował upolować gazelę. Przez chwilę dyszał, próbując poukładać gonitwę myśli w jego łbie, aż poczuł muśnięcie na swej łapie. To Mqeku podeszła do niego, z troską w swych martwych oczach.<br />
- Nie udało mi się? – wychrypiał łamiącym się głosem.<br />
Mrówniczka pokręciła łbem.<br />
- Słyszałeś. Twojej matki nie ma w zaświatach, chłopcze. Twoja opiekunka musiała wprowadzić cię w błąd. A co do reszty… Albo byli ukryci tak głęboko, że twoje niedoświadczone wołanie do nich nie dotarło, albo również ich tam nie ma. <br />
Złotosierstny przygryzł wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Chciał poznać odpowiedź, lecz dostał tylko jeszcze więcej pytań. Jeżeli wcześniej miał wątpliwości co do wyruszenia w rodzinne strony, teraz pozbył się ich wszystkich. Musiał dowiedzieć się, co się stało z jego rodziną. Jego stadem. <br />
Musiał wrócić do domu.<br />
W milczeniu sprzątnął swe drogocenne kamienie, zatarł szamańskie znaki, i po raz ostatni odwiedził dawne legowisko mrówniczki. Z Mqeku u boku, ruszył z powrotem. W kierunku Lwiej Ziemi. <br />
<br />
*zatem prosiłabym o zanotowanie, że Arvo zna kocimiętkę i lulka, choć nigdy ich nie zbierał oraz nie używał :v oraz teraz Arvo ma te kolorowe kamienie, to chyba liczy się jako ozdoba, nie wiem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Myśli kłębiły się w jego zwieszonej nisko głowie, gdy ledwo szurał zmęczonymi łapami po piaszczystym podłożu. Gdzie był? Nie miał pojęcia. Nie obchodziło go to. Parł przed siebie, choć wolałby legnąć i po prostu zdechnąć w miejscu. Zapadnięte boki i prześwitujące żebra zwiastowały jego rychły koniec, czasem mu się wydawało, że kątem oka widzi sępy podążające jego śladem. Zasrane ptaszyska. Dobrze, niech chociaż one mają pożytek z jego marnego truchła. Szedł dalej. Wycieńczenie dawało mu chorą, szkodliwą satysfakcję, myśl, że w ten sposób szybciej doprowadzi się do końca. Zresztą, ostatnio już przeleżał w miejscu parę dni… Chyba. Już nie pamiętał. Nie pamiętał wielu ostatnich dni. Za to pamiętał te wcześniejsze. <br />
Jego matkę. Oddała życie za takie bezużyteczne ścierwo jak on, robiła wszystko dla swoich dzieci, a czy było warto? Może w przypadku reszty tak. On zasługiwał na to najmniej. Powinna była żyć, żyć dla reszty, pozwolić jemu zginąć. Oddać go w ofierze agresorowi. Oszczędziłaby wszystkim kłopotu. <br />
Łzy zakręciłyby się w jego oczach, gdyby nie to, że był paskudnie odwodniony, pomimo deszczów. <br />
Jego ojca. Nic dziwnego, że zwiał, kto chciałby się zajmować tak wyrodnym synem? Zostawił ich, ich wszystkich, mamę, i jego rodzeństwo. Skurwiel. Arvo chciał odgryźć sobie swoją własną, szarą łapę, by pozbyć się tego dziedzictwa po ojcu, lecz wtedy jeszcze nie potrafił się na to zdecydować. Teraz już było wszystko jedno. <br />
I tak całe ciało miał poryte śladami pazurów i kłów, tam, gdzie tylko sięgnął. <br />
Tene. Kochana Tene, zajęła się nim, bezwartościową sierotą, która nie miała nic na świecie. Próbowała z niego zrobić lwa, jak należy, a czym on się jej odwdzięczył? Odwrócił się, zostawił ją, zwiał. Śmieć. Nie zasługiwał na nią. A może właśnie? Był skończonym idiotą, lecz widział, jak toksyczna potrafiła być jego przybrana matka. Nie zasługiwał na nikogo lepszego, i tak była ogromnym darem od losu, że w ogóle pomogła mu przeżyć.<br />
Słońce prażyło, gdy młody lew, drżąc jak galareta, stawiał swe ostatnie kroki. <br />
Tib. Po stracie ukochanego podopiecznego, dostał kolejnego, kolejną szansę. Betonowe koło ratunkowe, bo trafił mu się właśnie złotosierstny młodzik, sprawa beznadziejna, nic nie dało się zrobić. Arvo z całego serca mu tego współczuł, i było mu wstyd, że tak się potoczyło ich życie. Wielokrotnie w nocy go przepraszał, szepcząc litanię do gwiazd, choć wiedział, że on nie usłyszy. Ale kolorowooki i tak czuł, że musiał go przeprosić za to, że w ogóle go spotkał. <br />
Myśli wciąż krążyły w jego głowie, przejmujące, szarpiące, kąsające. Nie chciały przestać. Nie chciały odejść. Nic nie potrafiło ich odgonić.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie powinieneś żyć. Nie powinieneś się urodzić. Czemu istniejesz? Czemu marnujesz wciąż powietrze, tak drogocenne dla innych? Jakim prawem polujesz, odbierasz cudze życie, po to, żebyś ty żył? Nawet najmarniejsza mysz jest bardziej przydatna niż ty. Idiota. Zdrajca. Dziwak. Nieprzystosowany do życia pośród stada, lwów, kogokolwiek. Nie możesz pić wody, inni potrzebują jej bardziej niż ty. Dlaczego w ogóle zabierasz słońce i rzucasz cień na rośliny, które potrzebują tych promieni do życia? Dlaczego wciąż żyjesz? Dlaczego wszyscy, których kochałeś, zginęli, a ty nie? Dlaczego twoja matka się poświęciła dla ciebie? Zawiodłeś ją. Zmarnowałeś jej dar. Nie jesteś nic wart. Bezużyteczny. Bezwartościowy. Powinieneś umrzeć, umrzeć, umrzeć, umrzeć…</span><br />
- Umrzeć – wycharczał słabo, ledwo słyszalnie. To było jego marzenie, jego pragnienie, jego cel. I nawet tego nie potrafił osiągnąć, nawet życia nie chciał oddać. Powinien skończyć już dawno temu z samym sobą, ale NAWET TEGO KURWA NIE POTRAFIŁ!<br />
Ale już było blisko, już tuż, tuż. Czekał. Pragnął. Chciał. Bał się. Cierpiał. Ale to zakończy cierpienia, to uciszy te myśli raz na zawsze, to rozwiąże wszystkie problemy. <br />
Tak.<br />
Czekał. <br />
Jak do tego w ogóle doszło? Gdy jeszcze było lepiej, zadawał sobie to pytanie raz po raz. Z wyrzutem szukał odpowiedzi, choć szybko zaczął winić samego siebie, oczywiście.<br />
Gdy uciekł Tene, radził sobie z początku doskonale. Wreszcie zakosztował błogiej wolności, gdzie nikt nie mówił mu, co ma robić, jak żyć, nie dawał świetnych rad, gdzie mógł po prostu iść przed siebie. Oddychać pełną piersią. Umiał polować, umiał się wyżywić, choć może w praktyce było to nieco trudniejsze, niż sobie wyobrażał. Jednak jednego nie przewidział. Był samowystarczalny i dał radę przeżyć samemu, tak jak sam chciał, lecz gdy nikt nie mówił mu jak żyć, nie musiał się niczym przejmować… Zostawał ze swoimi myślami zupełnie sam. Nie miał do kogo się odezwać. Z nudów zaczął wspominać dzieciństwo, historie ojca, lecz to szybko prowadziło do tamtego feralnego dnia, a następnie kolejnego i kolejnego. Analizował to w myślach, lecz analizował zbyt dogłębnie.<br />
A przecież on i tak nigdy nie miał najlepszego zdania o samym sobie.<br />
Pozostawiony tylko swoim myślom, bez cudzego słowa pociechy, szybko zaczął tonąć w nich tonąć. Nie miał do kogo się zwrócić po pomoc, nawet gdyby umiał poprosić. Brakowało mu powietrza, zachłystywał się, przebierał bezładnie łapami we własnej świadomości, która karmiła go trucizną. <br />
Spadał w dół i  nie mógł nic na to zaradzić. <br />
Ześwirował.<br />
A może zawsze był świrnięty, i to było tylko kwestią czasu, nim czerń jego myśli pochłonęła go do końca? A może po prostu jego biedne serce nie wytrzymało tylu cierni wbitych w nie na zawsze. Jego głowa nie wytrzymała tylu wyrzutów skierowanych do samego siebie. <br />
A teraz jego łapy już nie miały siły utrzymywać dalej jego wątłego ciała. Upadł ciężko na ziemię, ryjąc pyskiem o glebę. W ciszy. Nie było jęku bólu, zmęczenia, niczego. On słyszał tylko swoje myśli: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To jest właśnie twój koniec, równie żałosny co ty. Wreszcie zdechniesz, wreszcie uczynisz świat lepszym. Prochem jesteś, w proch się obrócisz. Od początku do końca bezwartościowy…<br />
 </span>On tylko chciał, żeby to się skończyło. Wszystko.<br />
Zamknął ciężko powieki, czując, jak świat rozmywa się we mgle. Pozostał tylko jeszcze ból i te złe, złe, złe, jego własne myśli. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ścierwo, miernota, pasożyt, idiota, dureń, pokraka, słabeusz, mięczak, zjeb, nigdzie nie pasujący, marnotrawny</span><br />
- Och jej, och jej!<br />
Drgnąłby, gdyby tylko miał jeszcze na to siłę, więc jedynie zmrużył nieco mocniej powieki. To nie były wyzwiska, to chyba nie były już jego myśli. Czy był już po drugiej stronie? Czy już umarł? Czy w końcu mu się udało? Nie, bo dalej jego szepty nawoływały go do zdechnięcia, dalej czuł przejmujący ból w każdej cząsteczce ciała. Poczuł też jednak zaraz kolejny ból, zogniskowany w jednym konkretnym punkcie ciała, a zaraz kolejnym, i coś jakby cień padło na jego pół żywe ciało.  Jeszcze jedno „Och jej!” wdarło się w jego uszy, tym razem o wiele bardziej bezpośrednio. W ogromnym wysiłku rozwarł powieki i ujrzał niewyraźny, owłosiony ryjek. <br />
- Och, kochany, co ci się stało? Czego ci potrzeba, wody, pożywienia, lekarstwa? – Troskliwy głos, niegdyś wydawałby mu się wybawieniem i cudem, wyczekiwał go tak długo… Teraz był tylko natarczywy i męczący. On już czekał tylko jednego wybawienia, tego ostatecznego. <br />
- Śmierci – charknął, i znów zamknął powieki, nie mogąc dłużej utrzymać ich rozwartych.<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Ciemność.<br />
<br />
</div>
A później jasność. Znów ból zaatakował go z każdej strony, lecz otępiały łeb nie potrafił go nawet właściwie przetworzyć, więc chyba mniej bolało. Dalej czuł suchość w pysku, lecz ta była jakaś normalniejsza niż efekt długiego odwodnienia. Jego nos wyczuł coś… Jadalnego? <br />
Otworzył ślepia, bardziej dlatego, że nic innego nie przyszło mu do głowy, niż z ciekawości. I znów ujrzał ten sam włochaty ryjek, który mignął mu wcześniej, lecz teraz z dalszej odległości, i do ryjka przyczepiona była cała reszta ciała – dziwny łeb, długa szyja, niemal królicze uszy, skóra która wyglądała na niemal nagą, a do tego owłosione nogi, i znów długi ogon. A między tym tworem a nim samym truchło dik dika. I miska wody. I bardziej żywy dik dik, który siedział obok, choć coś w jego głowie mu mówiło, że może „żywy” jednak nie jest najlepszym określeniem. <br />
Wewnętrzne szepty umilkły, był tylko ból i dyskomfort. <br />
- Więc mówisz, że moje ciało ma posłużyć tej kupie kości i skóry?  - Prychnięcie dik dika. – Daje mu najwyżej dwa dni i spotkamy się po drugiej stronie.<br />
- Więcej niż dwa dni to ja już go tu utrzymuję przy życiu, Karen. Mam w tym jednak pewne doświadczenie, Karen. – Włochate, nieco pomarszczone stworzenie przeniosło swój wzrok na niego. – A ty, młody, napij się i zjedz choć trochę. Karen wyjątkowo ma rację co do twojego wyglądu, ale już ja się postaram, żebyś nabrał nieco tłuszczyku! <br />
Zwierzę entuzjastycznie poruszyło swymi dużymi uszami, co nieco zdezorientowało kolorowookiego. Przełknął niepewnie ślinę.<br />
- Nie chcę – odezwał się chrapliwym, słabym głosem, i natychmiast tego pożałował. Króliczoucha nastroszyła się cała, zmarszczyła groźnie ryjek, a jej oczy zalśniły złowrogo. Jej ton z przyjaznego, choć stanowczego, zmienił się w stanowczy i zdecydowanie nieuprzejmy. <br />
– Nie ma żadnego „nie chcę”, młodzieńcze, nie po tym, co już dla ciebie zrobiłam. I nie obchodzą mnie twoje samobójcze zapędy. <br />
Drgnął, i natychmiast położył po sobie uszy. Koniec dyskusji, drżącą łapą przysunął sobie wodę i wypił, ile był w stanie, by następnie zająć się niemrawym podgryzaniem mięsa. I nagle na włochatym ryjku zagościł uśmiech tak szeroki i ciepły, że sam Arvo omal nie uśmiechnął się w odpowiedzi. Zwierzę zrobiło kilka raźnych kroków w jego stronę. Wyglądało jakoś… Zachęcająco. Po chwili wahania, zdecydował się zadać trapiące go pytanie.<br />
- Czym jesteś? <br />
Stworzenie westchnęło.<br />
- Mqeku, matrona rodu Orycteropu, przyjaciółka wszystkich stworzeń, szamanka, pośredniczka w kontaktach ze Światem Dusz. Niektórzy jednak nazywają mnie swoją babunią. Całkiem urocze. <br />
  – Poruszyła nosem jakby z przekąsem – Ale jestem mrównikiem, jeżeli o to ci chodziło. <br />
Arvo z wysiłkiem oderwał sobie kolejny drobny kęs mięsa. Potrzymał przez chwilę w ustach. Przełknął. <br />
- Szamanka? Świat… Dusz?<br />
- A owszem, młodzieńcze – przytaknęła mrówniczka – Mam tylko nadzieję, że nie jesteś jednym z tych zatwardziałych ignorantów, którzy zarzekają się, że duchy nie istnieją, nawet gdy jeden właśnie wrzeszczy im do ucha. „To tylko wiatr, Mqeku” – powiedziała, ironicznie naśladując czyjś ton. <br />
Arvo przeniósł swe zmęczone spojrzenie na dik dika nazwanego wcześniej Karen. Antylopa uśmiechnęła się, lecz nie był to radosny grymas.<br />
- Właśnie mnie jesz, lwie – odezwała się, cedząc słowa przez zęby.<br />
Złotosierstny spojrzał na nadgryzione mięso i uznał, że to już chyba czas zakończyć obiad. <br />
- Nie – odpowiedział Mqeku na jej dywagacje. – Wiem, że duchy istnieją. Zdarzyło mi się z nimi rozmawiać. Dlaczego kazałaś mi zjeść Karen?<br />
Mrówniczka świsnęła przez zęby, a jej oczy zalśniły zainteresowaniem. Przez chwilę ruszała swoim ryjkiem, wpatrując się w niego intensywnie, a złotosierstny podskórnie wyczuwał jej pytanie – skąd wie, że to właśnie ciało Karen? Lecz ono nie padło.<br />
- Żebyś mi tu nie zdechł z głodu, młody. Jesteś tego bardzo blisko, choć moje mikstury wlewane ci na siłę do gardła nieco pomogły, nie zaprzeczę. Mogę spytać, czemu postanowiłeś się doprowadzić do tego stanu? – zapytała z zainteresowaniem, choć w jej głosie pobrzmiewała też delikatna nuta przygany. Ale też patrzyła na niego miękko, ze współczuciem i ciepłem. Aż przykro mu było odpowiadać.<br />
- Nie.<br />
Zapadła cisza. <br />
- Cóż, i tak w najbliższym czasie nigdzie nie dasz rady się ruszyć, nie będziesz miał siły. I rany ci się paskudzą. Bez mojej pomocy nie przeżyjesz, a ja pomocy ci nie odmówię, zatem jeszcze zdążę to z ciebie wyciągnąć. – Potrząsnęła łbem, aż załopotały jej duże uszy, i przeciągnęła się, aż strzyknęły jej kości. <br />
Arvo jedynie spoglądał na nią beznamiętnie. Jeżeli sądziła, że cokolwiek z niego wydobędzie, myliła się grubo. Jeżeli sądziła, że naprawdę zdoła mu pomóc, tym bardziej się myliła. <br />
<br />
Lecz to on się mylił. Mqeku, żywotna staruszka bogata w mądrość przyrodzoną, oraz tą wynikającą z lat doświadczeń, była też tak pełna ciepła i wyrozumiałości, że nie dało się jej nie lubić. Nie dało się jej nie zaufać. Złamała go, i gdy cierpliwie leczyła jego ciało, nakładając maści oraz dbając, by się właściwie odżywiał, wciąż i wciąż wciągała go w rozmowy, które powoli leczyły jego duszę. Najbardziej jednak zaskoczyło go to, że przy Mqeku wiecznie znajdował się co najmniej jeden duch, i często zachowywały się one tak, jakby wpadły do starej znajomej na pogaduszki. Mrówniczka traktowała duchy tak samo jak żywe stworzenia, zupełnie jakby nie robiło jej to żadnej różnicy. To go fascynowało. A ona szybko dostrzegła, że nie ma on żadnego problemu z dostrzeganiem, usłyszeniem oraz wyczuciem duchów, i nie mogła przejść koło tego obojętnie. Zachęcała go do rozmów z duszami, dziwacznymi pytaniami zmuszając do zastanawiania się nad wieloma kwestiami, o których nigdy wcześniej by nie pomyślał. A jednocześnie odpowiadała na wszystkie jego pytania tak wyczerpująco, że każdy kolejny dzień był dniem nauki. Odkąd tylko był w stanie poruszać się o własnych siłach, nie odstępował jej ani na krok. Mqeku zauważyła, że Arvo miał smykałkę do kontaktów ze Światem Dusz, więc próbowała nauczyć go jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, bo rozumiała, że nie miała go zbyt wiele. A nie było to proste, bo jednocześnie musiała łatać jego pogruchotaną psychikę, wykazując się przy tym nadzwyczajną łagodnością. Lecz każdy jego mały sukces na polu szamańskim dawały mu radość i namiastkę pewności siebie, której tak mu brakowało. Przy okazji, odkryli jedną ciekawą rzecz – prawym, szarym okiem o wiele wyraźniej widział duchy, niż lewym. Gdy uczył się rozumieć problemy zmarłych, zaczynał rozumieć swoje własne. Ze wsparciem Mqeku, myśli nawołujące do śmierci przycichły, odzywały się coraz rzadziej. Aż mrówniczka mogła w spokoju zostawić go na jakąś chwilę, wypuścić na samotną wyprawę, mając pewność, że wróci do niej bez powiększonej kolekcji drobnych ran, które sam sobie zadawał, a które pomimo jej starań nie chciały się zabliźnić bez śladu. Zatem wysyłała go na pomoc różnym zbłąkanym duszyczkom, które potrzebowały przysług bądź informacji, a nie potrafiły w swoim stanie poradzić sobie same. Sama już miała coraz mniej siły by to czynić, starość coraz bardziej jej przeszkadzała. <br />
Tylko do jednego nie pozwalała mu się zbliżać. Któregoś dnia stara mrówniczka zabrała lwa na lekcję z ziołami, jak to nazwała. Synowi medyczki nie wydawało się to być niczym nadzwyczajnym, choć nie był pewien, po cóż Mqeku jakiekolwiek zioła. Ona jednak najpierw zaprowadziła go na pole pełne rośliny przypominającej miętę, lecz o nadzwyczajnie nęcącym zapachu. Następnie pokazała mu ziele o dziwnych, żółtych kwiatach poprzetykanych ciemnymi żyłkami i o czarnym wnętrzu. Wytłumaczyła ich działanie, a następnie surowo zakazała mu kiedykolwiek ich używać. „W twoim stanie, chłopcze, narkotyki są ostatnią rzeczą, po którą powinieneś sięgać.”*<br />
Gdy wyznała Arvo, że jej czas już nadszedł, złotosierstny załamał się. Po raz kolejny osoba, którą zdołał w jakiś sposób pokochać, która przyjęła go pod swe skrzydła, opiekowała się nim, musiała odejść. Po raz kolejny ktoś mu bliski musiał umrzeć. W jednej chwili wróciło wszystko to, co kąsało jego serce, lecz Mqeku przyrzekła mu, że nie opuści go po swej śmierci, zostanie z nim tak długo, aż przestanie jej potrzebować. Nieco pocieszony jej obietnicą, towarzyszył jej w ostatnich chwilach jej życia. Umarła spokojnie, po prostu pozwoliła swemu zmęczonemu ciału oddać ducha. <br />
Łzy zdążyły wyschnąć na jego pysku, gdy pojawiła się u złotego boku ponownie, już w niematerialnej postaci. Kochana Mqeku, ciepła i wspierająca jak zawsze. To ona zasugerowała mu, by spróbował powrócić na rodzinne ziemie, by pozamykać pewne sprawy i odciąć się od swej przeszłości całkowicie. „Jeżeli chcesz prawdziwego nowego startu, musisz zakończyć poprzednie życie. Wystarczy w przenośni, nie dosłownie.”<br />
 <br />
 <br />
- Nie masz po nich naprawdę żadnej pamiątki? – zapytała Mqeku po raz kolejny, marszcząc ryjek w niezadowoleniu.<br />
- Już ci mówiłem. Skąd niby miałbym mieć? Odszedłem z rodzinnego domu dość przypadkowo. – Położył po sobie uszy, czując się niczym dziecko ganione przez rodzica. Mrówniczka raz po raz kręciła z niezadowoleniem głową.<br />
- To trzeba było mówić wcześniej, ja nie miałabym żadnego problemu z odnalezieniem ich z użyciem twojej krwi. A teraz to będzie o wiele trudniejsze… Ale spróbuję ci pomóc – westchnęła. Arvo natychmiast podniósł uszy, na jego pysku zalśnił uśmiech, zjawisko wciąż zdecydowanie zbyt rzadkie. <br />
Plan był prosty. Skoro był już szamanem, a nawet Mqeku przyznała, że zasługiwał na to miano (choć wciąż powtarzała, że daleko mu do profesjonalizmu), mógł skontaktować się z duchami swej zmarłej rodziny, prawda? Odwiedziłby miejsce śmierci Milele, dowiedział jak dokładnie skończyła jego matka, a może któraś z nich wiedziałaby, co się stało z resztą? Gdzie podziewa się Logan, czy Kasill i jego ojciec jeszcze w ogóle żyją? Choć jego priorytetem na razie była właśnie szara siostrzyczka, bo coś mu mówiło, że ona zapewne gdzieś radośnie pałęta się jeszcze po ziemiach czterech stad. <br />
Dlatego teraz stał na niewielkim wzniesieniu, całkowicie pozbawionym drzew i krzewów. Nudne do bólu łyse pole. Mqeku mówiła, że w ten sposób duchom łatwiej jest znaleźć wołającego. „A w twoim przypadku każde ułatwienie będzie istotne.” Dlatego przygotowywał się pieczołowicie. Uprzątnął teren, wydeptał w trawie odpowiednie szlaki i ułożył kolorowe kamienie w sobie tylko znanym schemacie. Owe kamienie dostał w spadku po Mqeku, miały wydrapane na sobie runy i każdy z nich symbolizował coś innego. Cztery największe i najważniejsze oznaczały cztery strony świata, pozostałe były między innymi symbolami rodziny, śmierci czy życia. Cały czas towarzyszyła mu przy tym mentorka, nieustannie poprawiając i doradzając. <br />
Aż nadszedł ten najważniejszy moment. Arvo stał w środku swego dzieła, odetchnął głęboko, i sięgnął zębami do własnej łapy. Niemal się nie skrzywił, gdy rozerwał swą skórę i pociekła krew. Kolejna niewielka blizna do jego kolekcji, nic wielkiego. Krwawym atramentem wyrysował na swym pysku oraz łapach kilka ostatnich znaków, po czym usiadł. Zamknął oczy. Uspokoił się, skupił, i zaczął oddychać jeszcze głębiej. Przy jego boku czuwała Mqeku, równie zaabsorbowana.<br />
Sięgnął myślami, duszą o wiele dalej, niż pozwalało jego ciało, o wiele głębiej, poza granicę świata materialnego. Jego krew wołała tonem czystym i głośnym, szukając podobnej sobie. <br />
Aż zawiał wiatr. Echo poniosło śpiew krwi daleko, wywołując poruszenie wśród duchów, prosząc je o pomoc. <br />
A one odpowiedziały.<br />
Opowiedziały o małej, ślepej lwiczce, która była pośród nich już od dawna, i dawno temu znalazła spokój, nie szukając kontaktu ze światem, który wyrządził jej tyle cierpienia. Opowiedziały, by nie szukać już Milele, by nie wybudzać jej ze snu wiecznego, by nie sięgać tak daleko.<br />
A później zapadła cisza, cisza niezręczna i pełna niepokoju, a wykrzywiony pysk Arvo podpowiadał, jak wiele wysiłku wkłada on w dalsze poszukiwania swej rodziny. Mqeku pomagała mu jak tylko mogła, lecz i ona niewiele potrafiła wskórać. Aż ciszę przerwał nieznany im głos.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Twojej matki tu nie ma, wnusiu. </span><br />
Arvo zachłysnął się powietrzem, otwierając gwałtownie dwukolorowe ślepia. Jego wcześniej spokojny oddech teraz był tak szybki, jakby dopiero co próbował upolować gazelę. Przez chwilę dyszał, próbując poukładać gonitwę myśli w jego łbie, aż poczuł muśnięcie na swej łapie. To Mqeku podeszła do niego, z troską w swych martwych oczach.<br />
- Nie udało mi się? – wychrypiał łamiącym się głosem.<br />
Mrówniczka pokręciła łbem.<br />
- Słyszałeś. Twojej matki nie ma w zaświatach, chłopcze. Twoja opiekunka musiała wprowadzić cię w błąd. A co do reszty… Albo byli ukryci tak głęboko, że twoje niedoświadczone wołanie do nich nie dotarło, albo również ich tam nie ma. <br />
Złotosierstny przygryzł wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Chciał poznać odpowiedź, lecz dostał tylko jeszcze więcej pytań. Jeżeli wcześniej miał wątpliwości co do wyruszenia w rodzinne strony, teraz pozbył się ich wszystkich. Musiał dowiedzieć się, co się stało z jego rodziną. Jego stadem. <br />
Musiał wrócić do domu.<br />
W milczeniu sprzątnął swe drogocenne kamienie, zatarł szamańskie znaki, i po raz ostatni odwiedził dawne legowisko mrówniczki. Z Mqeku u boku, ruszył z powrotem. W kierunku Lwiej Ziemi. <br />
<br />
*zatem prosiłabym o zanotowanie, że Arvo zna kocimiętkę i lulka, choć nigdy ich nie zbierał oraz nie używał :v oraz teraz Arvo ma te kolorowe kamienie, to chyba liczy się jako ozdoba, nie wiem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[,, Wizyta z przeszłości'' - Opowiadanie na młodszego szamana.]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2913</link>
			<pubDate>Sun, 25 Mar 2018 20:20:36 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2913</guid>
			<description><![CDATA[A więc to dzisiaj. Dzisiaj miał wreszcie sprawdzić nabywane już od dłuższego czasu umiejętności. Szybko jakoś ten czas zleciał. Całkiem dobrze pamiętał, jak się to wszystko zaczęło, jak trafił, jako terminator, pod skrzydła będącego już z drugiej strony życia szamana.<br />
Siedział wtedy z Huntrees nad brzegiem Jeziorka, było już dosyć późno i zaczynało się robić ciemno. Zasadniczo, to nie musiał być akurat być wcale w tej okolicy, mogli rozmawiać gdziekolwiek, tym bardziej, że jak raz rozprawiali o przysłowiowym mydle i powidle. Tak się jednak złożyło, że tego dnia zawędrowali właśnie na to miejsce, co okazało się być brzemienne w skutki.<br />
W każdym razie, w pewnym momencie, nad lustrem wody zmaterializował się duch. To się czasem zdarzało, i nie robiło teraz już na nim takiego wrażenia, jak za pierwszym razem, tym bardziej, że przybysz na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był tylko nieco bardziej skłonny do rozmowy, niż większość bywalców tego zakątka. A właściwie do monologu, bo zaczął się dwójce nad dobrą sprawę przypadkowych lwów żalić, jak to za jego czasów nie wzywało się przodków, przy każdym święcie, jak to kiedyś nie robił za pośrednika między światami, i jak to teraz nikt nie chce go słuchać. W tym momencie nagle urwał, i chyba uświadomił sobie, aktualną sytuację, w której to żywy lew rozmawia w zasadzie z dwoma duchami, bo po chwili milczenia, zapytał prosto z mostu, czy nie chciałby przypadkiem zająć się kontaktami z tymi z drugiej strony w nieco 'bardziej profesjonalny' sposób.<br />
A on, po chwili rozmowy i wymiany spojrzeń z przyjaciółką, przystał na jego propozycję, i został uczniem.<br />
Od tego czasu pojawiał się nad Jeziorkiem dosyć regularnie, a Elimu, tak bowiem zwał się stary szaman uczył go podstaw szamańskiego fachu.<br />
Wiedza, którą pochłaniał, była dosyć zróżnicowana. Uczył się teorii, począwszy od ogólnej filozofii życia i śmierci, legend, od tych o Władcach na Niebie wstecz, aż do opowieści opiewających genezę świata i ustanowienia aktualnego porządku rzeczy, poprzez wykuwanie na pamięć przeróżnych formuł, pieśni i inwokacji, mających zastosowanie przy wszelakich obrzędach, aż do poznawania budowy elementów szamańskiego wyposażenia oraz przepisów na różne mieszaniny, zarówno te do spalania w ogniu, jak i do rozrzucania na wietrze.<br />
Nie obyło się także bez praktyki - budowy odpowiednich postumentów, pod wykorzystywane akurat artefakty, kreślenia mistycznych symboli na ziemi, czy nauki odpowiedniego użytkowania grzechotki, za którą na razie służył mu zasuszony owoc, z grzechoczącymi wewnącz nasionami.<br />
Osobnym elementem nauki był kurs postrzegania, w trakcie którego nauczył się dostrzegać duchy, także te, które nie ujawniają swojej obecności w danym miejscu. I tu spotkało go zaskoczenie - bowiem jako że Huntrees widział normalnie, a inne duchy był w stanie dostrzec nad tym jeziorkiem, myślał, że w większości przypadków czeka się po prostu, aż dana osoba się zwizualizuje. Rzeczywistość okazała się jednak działać trocję inaczej, i teraz dostrzegał mniej lub bardziej mgliste zarysy w znacznie większej liczbie miejsc.<br />
Dziś jednak nadszedł czas, na podsumowanie zdobytej przez niego wiedzy i swoisty sprawdzian. Dziś miał zlokalizować właściciela kości, które znaleźli przy przysposabianiu grot na szczycie Kilimandżaro, na użytek Cesarstwa. Szczątki dotychczas leżały, złożone z szacunkiem do jednej z pomniejszych, bocznych szczelin, lecz dziś, zmierzając na spotkanie ze swoim mistrzem, niósł czaszkę, potrzebną, by odprawić odpowiedni rytuał.<br />
Po przybyciu na miejsce, przywitał się z będącym już na miejscu Elimim i rozpoczął przygotowania do rytuału. Najpierw zbudował z kamieni niewielkie podwyższenie, na którym złożył czaszkę, po czym zaczął na ziemi wokoło kreślić linie, okręgi i symbole. Gdy skończył, posypał całość garścią suchego piasku, a następnie spożył zawinątko z ziołami, przygotowane przy pomocy stadnego medyka wedle wskazań nauczyciela, i intonując słowa odpowiedniej formuły, zamknął oczy i ułożył łeb na łapach.<br />
 Po chwili leżenia bez ruchu poczuł, jak poprzednie zabiegi zaczynają przynosić efekty. Najpierw na normalny, słyszany przez niego odgłos jeziora nałożył się inny szum, dosyć ostry, nadciągający falami. Kolejne było uczucie zaniku ciążenia, a może po prostu oderwania się od ciała, w każdym razie czuł, jakby unosił się w górę, ważąc mniej niż powietrze. Potem gdy już zawisł w kompletnej ciemności, zaczął klarować się przednim obraz, coś jakby sadzawka pokryta drobnymi zmarszczkami i zaczodząca jakby od tyłu, mgłą. Obraz stopniowo zaczął się wyostrzać i stwierdził, że patrzy pod dziwnym kątem na brzeg śnieżnego lasu. Patrzył w kierunku sawanny, ale jakimś bliżej nie wyjaśnionym sposobem widział również wznoszący się z tyłu szczyt Kilimandżaro. Wizja miała jeszcze jedną ciekawą właściwość, a mianowicie jeśli zatrzymał na czymś wzrok, to ten fragment obrazu wyostrzał się i przybliżał, a wszystko na około uciekało gdzieś na boki. <br />
Gdy jednak zdążył się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, obraz nagle, bez ostrzeżenia pokrył się okręgami, jak powierzchnia wody, gdy spadnie na nią kropla wody i obraz przeskoczył na widok samotnego drzewa na sawannie. Potem był jeszcze brzeg szerokiej rzeki, jakieś skaliste miejsce nad brzegiem, wejście do jaskini i sama jaskinia, z wejściem widocznym za plecami. Jednak tu nie nastąpiła przebitka do kolejnego obrazu. Zamiast tego ściany jaskini rozświetliły się błękitnymi symbolami a na środku zobaczył widmową sylwetkę lwa. A potem wszystko się urwało i poczuł, że spada. Poczuł uderzenie i nagle ocknął się nad Jeziorkiem zlany zimnym potem i z mięśniami napiętymi do poziomu bólu. Leżał tak przez chwilę, starając się rozluźnić a po chwili przewalił się na bok, wciąż dysząc. Po jakimś kwadransie, a może i dłużej, doszedł do wniosku, że należało by dokończyć to, co już zaczął. Wstał więc na wciąż nieco chwiejne łapy i ruszył, w kierunku śnieżnego lasu...<br />
Zlokalizowanie miejsca ukazanego przez pierwszą wizję nie zajęło mu zbyt wiele czasu, w końcu znajdowało się ono dosyć niedaleko Kilimandżaro, które mógł już chyba nazwać domem. Także zasadniczo wiedział, którego odcinka granicy terenów ma szukać, i w zasadzie jedyne co musiał zrobić, to odnaleźć dokładnie ten kierunek, w którym patrzył i ruszyć przed siebie. Tak też zrobił, i po dłuższej chwili dotarł do samotnej akacji, rosnącej na sawannie. I tu pojawił się problem, a mianowicie nie pamiętał, by był mu ukazany jakiś konkretny kierunek. Pozostało mu jedynie oprzeć się na przypuszczeniu, że chodzi po prostu o najbliższą rzekę po drodze. Czyli w tym wypadku Słoneczną, nad którą też powędrował najkrótszą możliwą drogą, a dotarłszy na miejsce, ruszył w dół nurtu, by tak jak w wizji mieć wodę po swojej lewej.<br />
Jakoś tak po trzech godzinach doszedł jednak do wniosku, że chyba jednak coś zepsuł. Przez całą drogę nie widział niemal żadnych skał, nie licząc kilku pojedynczych głazów i niewielkich plaż z otoczaków. Żadne z tych miejsc definitywnie nie było tym, którego szukał, z resztą nawet na logikę rzecz biorąc, nie mogło tu być żadnych jaskiń. Jedyne, co mogło tłumaczyć dotychczasowy brak postępu w poszukiwaniach, był fak, że najzwyczajniej w świecie był nie tam gdzie powinien. A skoro miał rzekę z tej strony, z której powinien, to jedynym wyjaśnieniem było to że to on był ze złej strony rzeki. Przeprawił się więc na drugą stronę, a potem zmęczony i w złym humorze ruszył z powrotem.<br />
Gdy dotarł już na miejsce odpowiadające temu, które widział, zaczynało się robić ciemno. Znaczyło to, że odkąd zaczął tą całą dzisiejszą akcję minęło już ponad dwanaście godzin, bo rytuał rozpoczął jeszcze przed świtem. A pomyśleć, że mógł mógł oszczędzić całkiem sporo czasu, gdyby tylko od razu wpadł na to, by pójść we właściwą stronę. <br />
Gdy jednak zobaczył ciemne wejście do jaskini, natychmiast przestał odczuwać zmęczenie i złość na stracony czas, a zamiast tego pojawiło się rosnące podniecenie. Był już na miejscu, i teraz miał zebrać pierwszy plon dzisiejszego całodziennego wysiłku i wszystkich poprzednich dni szkolenia. Teraz miało nastąpić ostateczne podsumowanie.<br />
Zwolnił kroku i powoli, z namaszczeniem, przekroczył próg jaskini i zagłębił się w ciemność. Która jednak nie była zupełna, przynajmniej dla niego, bowiem w środku delikatnie świeciły mgliste symbole z jego wizji. Zaś na środku stał widmowy lew, który powoli odwrócił łeb i spojrzał na niego. Stali tak i patrzyli na siebie dłuższą chwilę, a potem młody szaman powiedział:<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Witaj. Szukałem cię...</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[A więc to dzisiaj. Dzisiaj miał wreszcie sprawdzić nabywane już od dłuższego czasu umiejętności. Szybko jakoś ten czas zleciał. Całkiem dobrze pamiętał, jak się to wszystko zaczęło, jak trafił, jako terminator, pod skrzydła będącego już z drugiej strony życia szamana.<br />
Siedział wtedy z Huntrees nad brzegiem Jeziorka, było już dosyć późno i zaczynało się robić ciemno. Zasadniczo, to nie musiał być akurat być wcale w tej okolicy, mogli rozmawiać gdziekolwiek, tym bardziej, że jak raz rozprawiali o przysłowiowym mydle i powidle. Tak się jednak złożyło, że tego dnia zawędrowali właśnie na to miejsce, co okazało się być brzemienne w skutki.<br />
W każdym razie, w pewnym momencie, nad lustrem wody zmaterializował się duch. To się czasem zdarzało, i nie robiło teraz już na nim takiego wrażenia, jak za pierwszym razem, tym bardziej, że przybysz na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był tylko nieco bardziej skłonny do rozmowy, niż większość bywalców tego zakątka. A właściwie do monologu, bo zaczął się dwójce nad dobrą sprawę przypadkowych lwów żalić, jak to za jego czasów nie wzywało się przodków, przy każdym święcie, jak to kiedyś nie robił za pośrednika między światami, i jak to teraz nikt nie chce go słuchać. W tym momencie nagle urwał, i chyba uświadomił sobie, aktualną sytuację, w której to żywy lew rozmawia w zasadzie z dwoma duchami, bo po chwili milczenia, zapytał prosto z mostu, czy nie chciałby przypadkiem zająć się kontaktami z tymi z drugiej strony w nieco 'bardziej profesjonalny' sposób.<br />
A on, po chwili rozmowy i wymiany spojrzeń z przyjaciółką, przystał na jego propozycję, i został uczniem.<br />
Od tego czasu pojawiał się nad Jeziorkiem dosyć regularnie, a Elimu, tak bowiem zwał się stary szaman uczył go podstaw szamańskiego fachu.<br />
Wiedza, którą pochłaniał, była dosyć zróżnicowana. Uczył się teorii, począwszy od ogólnej filozofii życia i śmierci, legend, od tych o Władcach na Niebie wstecz, aż do opowieści opiewających genezę świata i ustanowienia aktualnego porządku rzeczy, poprzez wykuwanie na pamięć przeróżnych formuł, pieśni i inwokacji, mających zastosowanie przy wszelakich obrzędach, aż do poznawania budowy elementów szamańskiego wyposażenia oraz przepisów na różne mieszaniny, zarówno te do spalania w ogniu, jak i do rozrzucania na wietrze.<br />
Nie obyło się także bez praktyki - budowy odpowiednich postumentów, pod wykorzystywane akurat artefakty, kreślenia mistycznych symboli na ziemi, czy nauki odpowiedniego użytkowania grzechotki, za którą na razie służył mu zasuszony owoc, z grzechoczącymi wewnącz nasionami.<br />
Osobnym elementem nauki był kurs postrzegania, w trakcie którego nauczył się dostrzegać duchy, także te, które nie ujawniają swojej obecności w danym miejscu. I tu spotkało go zaskoczenie - bowiem jako że Huntrees widział normalnie, a inne duchy był w stanie dostrzec nad tym jeziorkiem, myślał, że w większości przypadków czeka się po prostu, aż dana osoba się zwizualizuje. Rzeczywistość okazała się jednak działać trocję inaczej, i teraz dostrzegał mniej lub bardziej mgliste zarysy w znacznie większej liczbie miejsc.<br />
Dziś jednak nadszedł czas, na podsumowanie zdobytej przez niego wiedzy i swoisty sprawdzian. Dziś miał zlokalizować właściciela kości, które znaleźli przy przysposabianiu grot na szczycie Kilimandżaro, na użytek Cesarstwa. Szczątki dotychczas leżały, złożone z szacunkiem do jednej z pomniejszych, bocznych szczelin, lecz dziś, zmierzając na spotkanie ze swoim mistrzem, niósł czaszkę, potrzebną, by odprawić odpowiedni rytuał.<br />
Po przybyciu na miejsce, przywitał się z będącym już na miejscu Elimim i rozpoczął przygotowania do rytuału. Najpierw zbudował z kamieni niewielkie podwyższenie, na którym złożył czaszkę, po czym zaczął na ziemi wokoło kreślić linie, okręgi i symbole. Gdy skończył, posypał całość garścią suchego piasku, a następnie spożył zawinątko z ziołami, przygotowane przy pomocy stadnego medyka wedle wskazań nauczyciela, i intonując słowa odpowiedniej formuły, zamknął oczy i ułożył łeb na łapach.<br />
 Po chwili leżenia bez ruchu poczuł, jak poprzednie zabiegi zaczynają przynosić efekty. Najpierw na normalny, słyszany przez niego odgłos jeziora nałożył się inny szum, dosyć ostry, nadciągający falami. Kolejne było uczucie zaniku ciążenia, a może po prostu oderwania się od ciała, w każdym razie czuł, jakby unosił się w górę, ważąc mniej niż powietrze. Potem gdy już zawisł w kompletnej ciemności, zaczął klarować się przednim obraz, coś jakby sadzawka pokryta drobnymi zmarszczkami i zaczodząca jakby od tyłu, mgłą. Obraz stopniowo zaczął się wyostrzać i stwierdził, że patrzy pod dziwnym kątem na brzeg śnieżnego lasu. Patrzył w kierunku sawanny, ale jakimś bliżej nie wyjaśnionym sposobem widział również wznoszący się z tyłu szczyt Kilimandżaro. Wizja miała jeszcze jedną ciekawą właściwość, a mianowicie jeśli zatrzymał na czymś wzrok, to ten fragment obrazu wyostrzał się i przybliżał, a wszystko na około uciekało gdzieś na boki. <br />
Gdy jednak zdążył się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, obraz nagle, bez ostrzeżenia pokrył się okręgami, jak powierzchnia wody, gdy spadnie na nią kropla wody i obraz przeskoczył na widok samotnego drzewa na sawannie. Potem był jeszcze brzeg szerokiej rzeki, jakieś skaliste miejsce nad brzegiem, wejście do jaskini i sama jaskinia, z wejściem widocznym za plecami. Jednak tu nie nastąpiła przebitka do kolejnego obrazu. Zamiast tego ściany jaskini rozświetliły się błękitnymi symbolami a na środku zobaczył widmową sylwetkę lwa. A potem wszystko się urwało i poczuł, że spada. Poczuł uderzenie i nagle ocknął się nad Jeziorkiem zlany zimnym potem i z mięśniami napiętymi do poziomu bólu. Leżał tak przez chwilę, starając się rozluźnić a po chwili przewalił się na bok, wciąż dysząc. Po jakimś kwadransie, a może i dłużej, doszedł do wniosku, że należało by dokończyć to, co już zaczął. Wstał więc na wciąż nieco chwiejne łapy i ruszył, w kierunku śnieżnego lasu...<br />
Zlokalizowanie miejsca ukazanego przez pierwszą wizję nie zajęło mu zbyt wiele czasu, w końcu znajdowało się ono dosyć niedaleko Kilimandżaro, które mógł już chyba nazwać domem. Także zasadniczo wiedział, którego odcinka granicy terenów ma szukać, i w zasadzie jedyne co musiał zrobić, to odnaleźć dokładnie ten kierunek, w którym patrzył i ruszyć przed siebie. Tak też zrobił, i po dłuższej chwili dotarł do samotnej akacji, rosnącej na sawannie. I tu pojawił się problem, a mianowicie nie pamiętał, by był mu ukazany jakiś konkretny kierunek. Pozostało mu jedynie oprzeć się na przypuszczeniu, że chodzi po prostu o najbliższą rzekę po drodze. Czyli w tym wypadku Słoneczną, nad którą też powędrował najkrótszą możliwą drogą, a dotarłszy na miejsce, ruszył w dół nurtu, by tak jak w wizji mieć wodę po swojej lewej.<br />
Jakoś tak po trzech godzinach doszedł jednak do wniosku, że chyba jednak coś zepsuł. Przez całą drogę nie widział niemal żadnych skał, nie licząc kilku pojedynczych głazów i niewielkich plaż z otoczaków. Żadne z tych miejsc definitywnie nie było tym, którego szukał, z resztą nawet na logikę rzecz biorąc, nie mogło tu być żadnych jaskiń. Jedyne, co mogło tłumaczyć dotychczasowy brak postępu w poszukiwaniach, był fak, że najzwyczajniej w świecie był nie tam gdzie powinien. A skoro miał rzekę z tej strony, z której powinien, to jedynym wyjaśnieniem było to że to on był ze złej strony rzeki. Przeprawił się więc na drugą stronę, a potem zmęczony i w złym humorze ruszył z powrotem.<br />
Gdy dotarł już na miejsce odpowiadające temu, które widział, zaczynało się robić ciemno. Znaczyło to, że odkąd zaczął tą całą dzisiejszą akcję minęło już ponad dwanaście godzin, bo rytuał rozpoczął jeszcze przed świtem. A pomyśleć, że mógł mógł oszczędzić całkiem sporo czasu, gdyby tylko od razu wpadł na to, by pójść we właściwą stronę. <br />
Gdy jednak zobaczył ciemne wejście do jaskini, natychmiast przestał odczuwać zmęczenie i złość na stracony czas, a zamiast tego pojawiło się rosnące podniecenie. Był już na miejscu, i teraz miał zebrać pierwszy plon dzisiejszego całodziennego wysiłku i wszystkich poprzednich dni szkolenia. Teraz miało nastąpić ostateczne podsumowanie.<br />
Zwolnił kroku i powoli, z namaszczeniem, przekroczył próg jaskini i zagłębił się w ciemność. Która jednak nie była zupełna, przynajmniej dla niego, bowiem w środku delikatnie świeciły mgliste symbole z jego wizji. Zaś na środku stał widmowy lew, który powoli odwrócił łeb i spojrzał na niego. Stali tak i patrzyli na siebie dłuższą chwilę, a potem młody szaman powiedział:<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Witaj. Szukałem cię...</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Opowiadanie na młodszego szamana]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2842</link>
			<pubDate>Mon, 12 Feb 2018 17:38:23 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2842</guid>
			<description><![CDATA[Szkolenie na kapłankę trwało już kilka cykli Księżyca. Było męczące, wymagające, lecz przy tym także niezwykle satysfakcjonujące i wynagradzające. Samiya z ogromną chęcią zgłębiała wszelkie tajniki księżycowej wiary, chłonąc wiedzę niczym gąbka – aż dziw brał, jak wiele informacji mogło się zmieścić w tak drobnym łbie serwalki. Lecz wszystko to za sprawą jej mentorki – Jasnowłosej Ines, która podczas szkoleń odzywała się tak dużo, jak nigdy. Kontakty z białą lwicą nie należały do najłatwiejszych, lecz otwartość, wyrozumiałość i determinacja cętkowanej kotki jakoś to ułatwiały. Zresztą, dość szybko się okazało, że Samiya musiała się nauczyć nie tylko nawiązywania nici porozumienia z Ines, lecz także o wiele bardziej mistycznymi istotami (choć oczywiście nie dało się Jasnowłosej odmówić mistycyzmu). Wszakże to było szkolenie przede wszystkim duchowe, więc nie mogło zabraknąć samych duchów, które odgrywały ważną rolę w wierzeniach Srebrnego Księżyca.<br />
Każde zwierzę posiadało duszę, która po śmierci wędrowała na nieboskłon, by swym blaskiem oświetlać ciemne niebo, a być może towarzyszyć w tym samemu Jasnemu Panu. Jednak czy to znaczyło, że duchy nie pojawiały się pośród żywych? Wręcz przeciwnie! Niejednokrotnie dawały one znać o swojej obecności, i niejednokrotnie życzyły sobie czegoś od tych jeszcze żyjących. Kapłańskim obowiązkiem jest zaś zadbanie o sprawy dusz, zatem Samiya uczyła się porozumiewać ze zmarłymi zwierzętami, odczytywać ich wolę i pomagać, jak tylko mogła. Czasem też żywi pragnęli choćby krótkiego spotkania ze zmarłymi, a przywołanie duszy zmarłego nie było takie łatwe, i temu również było poświęcone jej szkolenie.<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">***</span></div>
Ciemność spowijała ziemię, rozświetlana przez wąski sierp Jasnego Pana, a gwiazdy mrugały tajemniczo na granatowym nieboskłonie. Serwale łapy prowadziły ją pośród gęstych drzew, stąpając po miękkim runie, aż wyprowadziły ją na sam skraj lasku. Mgła spowijała rozpościerającą się przed nią Dolinę Gwiazd, gęste pasma wyglądały niczym ciepła kołdra otulająca ziemię. Czułe uszy Samiyi nie wychwytywały typowych nocnych odgłosów tła, czy to przemykających cicho drapieżników, pisku nieostrożnego gryzonia czy miarowego oddechu spokojnie śniącego zwierza. Było tak cicho… Aż sierść podnosiła się na jej karku. <br />
Mimo to, bez lęku ruszyła dalej, bo czego miałaby się obawiać ona, młoda kapłanka na swych włościach? Wszystkie stworzenia, martwe czy żywe, stąpały tu po świętej ziemi Srebrnego Księżyca, a ona była jego wierną wysłanniczką. Jej nieustraszone serce nie gubiło rytmu, gdy wstąpiła w mleczny dym. Zresztą, ufała swoim uszom, ostrzegą ją przed każdym obcym, którego łapy zgniotą trawę, czy też skrzydła musną wiatr. <br />
Za to wrodzona wrażliwość, znacznie rozwinięta przez przebyte szkolenie, cały czas zwracała jej uwagę na nietypową atmosferę miejsca, w którym przebywała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Coś</span> wisiało w powietrzu, coś, czego nie mógł poczuć nos, nie wychwyciłyby uszy, oczy nie mogą dojrzeć, a co czuje się na samym końcu wibrysów i tuż pod powierzchnią futra. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Coś</span> wyraźnie szukało uwagi i sposobu na komunikację, lecz jego wołania były bezskuteczne przez tyle dni, że straciło już niemal całą swą energię. Samiya mruknęła nisko, głęboko. Poderwała łeb do góry, spoglądając prosto na Księżyc i gwiazdy migoczące wkoło. <br />
- Słucham – szepnęła tak cicho, że sama ledwo się dosłyszała. – Możesz mówić.<br />
Lecz nie opuściła swego wzroku, usiadła, i tak trwała w bezruchu, oddychając miarowo. Aż uczucie obecności <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czegoś</span> stało się niemal nie do zniesienia, drapiące od wnętrza jej skórę, a ciepły wiatr poruszył jej cętkowanym futrem. Przymknęła zielone ślepia na moment, a gdy je otworzyła, spojrzała już przed siebie – prosto na postać uformowaną z mgły, zaledwie cień niegdyś żyjącego stworzenia. Dik dik, z przytulonymi ciasno do łebka uszami i lękliwym, niedowierzającym spojrzeniem martwych oczu.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę mnie usłyszysz?</span><br />
Cichy, jednocześnie zrezygnowany i przepełniony nadzieją głos wybrzmiał w jej uszach, lecz nie tak, jak dzieje się to zazwyczaj. Dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, lecz wciąż daleko jej było do strachu. Uśmiechnęła się ciepło do zjawy. <br />
- Oczywiście. Jestem kapłanką Księżyca, znam się nieco na duchach.<br />
Na słowo „duch” mała antylopka drgnęła, wyginając pysk w pewnym niesmaku, zaś kwestię Księżyca przemilczała taktownie, choć sprawiała wrażenie nie do końca rozumiejącej. To by zresztą wyjaśniało, dlaczego jej dusza dalej się znajdowała na ziemi, nie zaś na nieboskłonie. Nieuświadomionym czasem się zdarzało zgubić drogę do Jasnego Pana, zwłaszcza, gdy coś silnie trzymało ich przy żyjącym świecie. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Och, tak długo próbowałem odzywać się do wszelkich zwierząt, nikt nie potrafił mnie dosłyszeć! Nawet gdy wydawało mi się, że jednak coś do nich dotarło, oni odchodzili zmieszani, najwyżej mamrocząc coś o zbyt długim siedzeniu na słońcu. A ja muszę, muszę wiedzieć jedną bardzo ważną rzecz!<br />
 </span>Uśmiech serwalki poszerzył się. Całkiem bezpośrednia ta duszyczka, od razu wyskakuje z tym, co jest jego problemem. To bajecznie ułatwiało jej robotę.<br />
- To trzyma cię tutaj, na ziemi? Pytaj o co chcesz, postaram ci się pomóc – zaoferowała się natychmiast.<br />
Dikdik nagle odwrócił swój pyszczek, w zmieszaniu ryjąc niematerialnym kopytkiem o ziemię. Gdy się odezwał, jego głos był jeszcze bardziej niewyraźny niż jest to normalne w przypadku zjaw. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chodzi o mojego znajomego. Fenek, na imię miał Lomvi. Wiem, że to nie te tereny, ale on żył całkiem niedaleko, często się spotykaliśmy jako młode, i… </span>- chwila ciszy, podczas której antylopa westchnęła, choć oddychanie już na nic się jej nie zdawało – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Obiecaliśmy sobie, że spotkamy się po drugiej stronie, gdy już nic i nikt nie będzie nam przeszkadzał. Ale nie mam pojęcia, co się z nim działo po mojej… Mojej śmierci. <br />
 </span>Serwalka zastrzygła uszami, słuchając opowieści ducha. Przyjaźń dik dika z fenkiem brzmiała dość nietypowo, lecz czy ona miała prawo do takich osądów? W końcu miała zebrę w swym stadzie. W tej chwili jednak musiała się skupić po prostu na pomocy zmarłemu – problem w tym, że nie miała pojęcia kim był ów Lomvi. <br />
- Znam te tereny bardzo dobrze, ale nie kojarzę, żebym kiedykolwiek spotkała tu fenki – odezwała się ostrożnie, lecz ku jej zdziwieniu, duch nie wyglądał na zaskoczonego tą informacją.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przenieśli się stąd… Jakiś czas temu, nie mam pojęcia jak dawno. Duchom ciężko jest to określać. </span>– Poruszenie się mgły świadczyło o tym, że zjawa zmarszczyła nosek w przejawie swej irytacji. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przez jakiś czas mogłem mu towarzyszyć, obserwować co robi, ale ostatnie co pamiętam, to jak musiał się ukrywać przed jakimś drapieżnikiem, a później… Później już znalazłem się tutaj. I nie wiem, co dalej.<br />
 </span>Głos antylopy zabrzmiał niezwykle żałośnie, a jej sylwetka stała się jeszcze bardziej niewyraźna, półprzeźroczysta, jakby jej zwątpienie odebrało jej siły potrzebne do utrzymania choćby ćwierć-materialnej postaci. Samiya od razu zaczęła współczuć duchowi, błąkającemu się bez celu po świecie, do którego już nie należał. Ale jego słowa zawierały ważny trop.<br />
- Myślisz, że Lomvi również… Umarł?  - zapytała ostrożnie marę, wahając się nad doborem odpowiednich słów. Dik dik jedynie opuścił łeb nisko, a jego kontury znów się rozmazały. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Ale przecież gdyby tak było, obiecał, że mnie odnajdzie</span> – szept ducha był już możliwy do zrozumienia tylko dzięki jej wyczulonemu „szóstemu” zmysłowi. <br />
Dik dik cierpiał, co do tego nie było wątpliwości. Co przytrafiło się jego przyjacielowi? Pożegnał się z życiem, męcząc się przy tym? Zostawił swego dawnego towarzysza na los samotnej tułaczki po świecie żywych, łamiąc obietnicę? Czy może dalej jego żywe ciało sprawiało mu cierpienie?<br />
Obowiązkiem Samiyi jako kapłanki było prowadzenie dusz, czy to tych jeszcze mieszczących się w żywych istotach, czy tych zagubionych pomiędzy światami.<br />
- Mogłabym spróbować przywołać jego ducha. Jeżeli oczywiście już się oddzielił od ciała. – Antylopa natychmiast uniosła łeb, a Samiya poczuła jak wwiercają się w nią puste oczy martwego. – Ale potrzebuję do tego jakiegoś ważnego dla Lomviego przedmiotu, czegoś, z czym miałby duchowy związek.<br />
Skąd duch dik dika miałby wytrzasnąć taki przedmiot? Serwalka obawiała się, że właśnie stanęli w –nomen omen – martwym punkcie, lecz zjawa antylopy pojaśniała.<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Mam coś takiego! Znaczy, no… Miałem. Mogę ci pokazać, gdzie to dalej powinno się znajdować.<br />
 </span>Cętkowana uniosła brew w zaciekawieniu, lecz nie oponowała. Dała się poprowadzić duchowi przez ciemną noc i mgłę. <br />
Droga nie była długa, celem zaś była niewielka norka, skąd korzystając ze wskazówek zjawy Samiya wydobyła dość prosty przedmiot – rzemyk z kilkoma drewnianymi paciorkami. Jak wyjaśnił dik dik, był to prezent, który podarował mu Lomvi jeszcze w czasach dzieciństwa, a którym po śmierci antylopy zainteresował się jakiś pobliski gryzoń i zaniósł do swej kryjówki. Według jej wiedzy, jeżeli podarunek był szczerym znakiem ich przyjaźni, jak najbardziej nadawałby się do rytuału. Teraz tylko musiała ów rytuał przeprowadzić. A zaczęła od położenia naszyjnika na kamieniu wystającym ponad trawy, na który idealnie padała smuga księżycowego światła. Wokół niej poruszała się mgła, gdy zaciekawiony duch co chwila zmieniał swe położenie, by lepiej się przyglądać. A z początku nie było to zbyt imponujące – Samiya zwyczajnie usiadła, położyła łapę na naszyjniku i zamknęła oczy. To, co chciała zrobić, wymagało dużego skupienia i nawiązania więzi ze światem niematerialnym, co nie było aż tak proste. Musiała odnaleźć w naszyjniku duchowy ślad Lomviego, i sprawić, by był on silniejszy, czytelny dla innych – by przyjaciel dik dika mógł go wyczuć i się tu skierować. Serwalka zaczęła nagle nucić melodię, dość wesołą i żwawą, być może nieprzystającą do mistycznych rytuałów – bo nie była to pieśń, której nauczyła ją Ines w tym właśnie celu. To była piosenka śpiewana jej przez Serret, gdy Sami była jeszcze młodym kocięciem – przy niej jakoś bardziej czuła więź z Jasnym Panem.<br />
- O, Fedha Mwezi, nisaidia! Zbłąkana dusza nie może odnaleźć swej drogi, zagubiła swe światło, skryła w cieniu. Tafadhali, Fedha Mwezi, ponieś mój głos – niech Lomvi usłyszy, niech przypomni sobie lata dzieciństwa i słodycz przyjaźni, niech odpowie na me wołanie!<br />
Zerwał się wiatr, ciepły, suchy, pachnący pustynią. Poruszył futrem serwalki, zawirował mgłą, która zatańczyła wokół zjawy dik dika, choć jego sylwetka pozostała nienaruszona. <br />
I już po chwili na kamieniu, tuż koło naszyjnika, siedział stworzony z mgły, bardzo zdezorientowany widmowy fenek. Dik dik świsnął radośnie, i natychmiast rzucił się na swego przyjaciela. Samiya uśmiechnęła się, widząc, jak szczęśliwe wydają się obie zjawy, witając się wesoło i natychmiast zasypując się potokiem słów. Przez chwilę tak siedziała, nim dik dik sobie przypomniał o jej obecności, i zwrócił się do niej.<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Nie mam pojęcia jak ci dziękować! Myślałem już, że będę musiał wieczność szukać przyjaciela i pałętać się samotnie, niesłyszany przez nikogo</span> – zawiesił na moment głos – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę, stokrotne dzięki, kapłanko!<br />
 </span>Samiya tylko uśmiechnęła się w jego stronę.<br />
- Cieszę się, że mogłam pomóc. Kierujcie się światłem Księżyca, a wszystko będzie dobrze – dodała na sam koniec, a zjawy także odpowiedziały jej uśmiechem, i rozpłynęły się we mgle.<br />
Jej praca została wykonana, mogła już spokojnie udać się na zasłużony odpoczynek, pozostała już tylko jedna sprawa. Po krótkim wahaniu, chwyciła w zęby naszyjnik użyty w rytuale i ruszyła z nim w stronę Złotej Skały. Nie mogłaby go zostawić tutaj, na pastwę losu – niech będzie ozdobą kapłańskiej groty.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Szkolenie na kapłankę trwało już kilka cykli Księżyca. Było męczące, wymagające, lecz przy tym także niezwykle satysfakcjonujące i wynagradzające. Samiya z ogromną chęcią zgłębiała wszelkie tajniki księżycowej wiary, chłonąc wiedzę niczym gąbka – aż dziw brał, jak wiele informacji mogło się zmieścić w tak drobnym łbie serwalki. Lecz wszystko to za sprawą jej mentorki – Jasnowłosej Ines, która podczas szkoleń odzywała się tak dużo, jak nigdy. Kontakty z białą lwicą nie należały do najłatwiejszych, lecz otwartość, wyrozumiałość i determinacja cętkowanej kotki jakoś to ułatwiały. Zresztą, dość szybko się okazało, że Samiya musiała się nauczyć nie tylko nawiązywania nici porozumienia z Ines, lecz także o wiele bardziej mistycznymi istotami (choć oczywiście nie dało się Jasnowłosej odmówić mistycyzmu). Wszakże to było szkolenie przede wszystkim duchowe, więc nie mogło zabraknąć samych duchów, które odgrywały ważną rolę w wierzeniach Srebrnego Księżyca.<br />
Każde zwierzę posiadało duszę, która po śmierci wędrowała na nieboskłon, by swym blaskiem oświetlać ciemne niebo, a być może towarzyszyć w tym samemu Jasnemu Panu. Jednak czy to znaczyło, że duchy nie pojawiały się pośród żywych? Wręcz przeciwnie! Niejednokrotnie dawały one znać o swojej obecności, i niejednokrotnie życzyły sobie czegoś od tych jeszcze żyjących. Kapłańskim obowiązkiem jest zaś zadbanie o sprawy dusz, zatem Samiya uczyła się porozumiewać ze zmarłymi zwierzętami, odczytywać ich wolę i pomagać, jak tylko mogła. Czasem też żywi pragnęli choćby krótkiego spotkania ze zmarłymi, a przywołanie duszy zmarłego nie było takie łatwe, i temu również było poświęcone jej szkolenie.<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">***</span></div>
Ciemność spowijała ziemię, rozświetlana przez wąski sierp Jasnego Pana, a gwiazdy mrugały tajemniczo na granatowym nieboskłonie. Serwale łapy prowadziły ją pośród gęstych drzew, stąpając po miękkim runie, aż wyprowadziły ją na sam skraj lasku. Mgła spowijała rozpościerającą się przed nią Dolinę Gwiazd, gęste pasma wyglądały niczym ciepła kołdra otulająca ziemię. Czułe uszy Samiyi nie wychwytywały typowych nocnych odgłosów tła, czy to przemykających cicho drapieżników, pisku nieostrożnego gryzonia czy miarowego oddechu spokojnie śniącego zwierza. Było tak cicho… Aż sierść podnosiła się na jej karku. <br />
Mimo to, bez lęku ruszyła dalej, bo czego miałaby się obawiać ona, młoda kapłanka na swych włościach? Wszystkie stworzenia, martwe czy żywe, stąpały tu po świętej ziemi Srebrnego Księżyca, a ona była jego wierną wysłanniczką. Jej nieustraszone serce nie gubiło rytmu, gdy wstąpiła w mleczny dym. Zresztą, ufała swoim uszom, ostrzegą ją przed każdym obcym, którego łapy zgniotą trawę, czy też skrzydła musną wiatr. <br />
Za to wrodzona wrażliwość, znacznie rozwinięta przez przebyte szkolenie, cały czas zwracała jej uwagę na nietypową atmosferę miejsca, w którym przebywała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Coś</span> wisiało w powietrzu, coś, czego nie mógł poczuć nos, nie wychwyciłyby uszy, oczy nie mogą dojrzeć, a co czuje się na samym końcu wibrysów i tuż pod powierzchnią futra. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Coś</span> wyraźnie szukało uwagi i sposobu na komunikację, lecz jego wołania były bezskuteczne przez tyle dni, że straciło już niemal całą swą energię. Samiya mruknęła nisko, głęboko. Poderwała łeb do góry, spoglądając prosto na Księżyc i gwiazdy migoczące wkoło. <br />
- Słucham – szepnęła tak cicho, że sama ledwo się dosłyszała. – Możesz mówić.<br />
Lecz nie opuściła swego wzroku, usiadła, i tak trwała w bezruchu, oddychając miarowo. Aż uczucie obecności <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czegoś</span> stało się niemal nie do zniesienia, drapiące od wnętrza jej skórę, a ciepły wiatr poruszył jej cętkowanym futrem. Przymknęła zielone ślepia na moment, a gdy je otworzyła, spojrzała już przed siebie – prosto na postać uformowaną z mgły, zaledwie cień niegdyś żyjącego stworzenia. Dik dik, z przytulonymi ciasno do łebka uszami i lękliwym, niedowierzającym spojrzeniem martwych oczu.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę mnie usłyszysz?</span><br />
Cichy, jednocześnie zrezygnowany i przepełniony nadzieją głos wybrzmiał w jej uszach, lecz nie tak, jak dzieje się to zazwyczaj. Dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, lecz wciąż daleko jej było do strachu. Uśmiechnęła się ciepło do zjawy. <br />
- Oczywiście. Jestem kapłanką Księżyca, znam się nieco na duchach.<br />
Na słowo „duch” mała antylopka drgnęła, wyginając pysk w pewnym niesmaku, zaś kwestię Księżyca przemilczała taktownie, choć sprawiała wrażenie nie do końca rozumiejącej. To by zresztą wyjaśniało, dlaczego jej dusza dalej się znajdowała na ziemi, nie zaś na nieboskłonie. Nieuświadomionym czasem się zdarzało zgubić drogę do Jasnego Pana, zwłaszcza, gdy coś silnie trzymało ich przy żyjącym świecie. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Och, tak długo próbowałem odzywać się do wszelkich zwierząt, nikt nie potrafił mnie dosłyszeć! Nawet gdy wydawało mi się, że jednak coś do nich dotarło, oni odchodzili zmieszani, najwyżej mamrocząc coś o zbyt długim siedzeniu na słońcu. A ja muszę, muszę wiedzieć jedną bardzo ważną rzecz!<br />
 </span>Uśmiech serwalki poszerzył się. Całkiem bezpośrednia ta duszyczka, od razu wyskakuje z tym, co jest jego problemem. To bajecznie ułatwiało jej robotę.<br />
- To trzyma cię tutaj, na ziemi? Pytaj o co chcesz, postaram ci się pomóc – zaoferowała się natychmiast.<br />
Dikdik nagle odwrócił swój pyszczek, w zmieszaniu ryjąc niematerialnym kopytkiem o ziemię. Gdy się odezwał, jego głos był jeszcze bardziej niewyraźny niż jest to normalne w przypadku zjaw. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chodzi o mojego znajomego. Fenek, na imię miał Lomvi. Wiem, że to nie te tereny, ale on żył całkiem niedaleko, często się spotykaliśmy jako młode, i… </span>- chwila ciszy, podczas której antylopa westchnęła, choć oddychanie już na nic się jej nie zdawało – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Obiecaliśmy sobie, że spotkamy się po drugiej stronie, gdy już nic i nikt nie będzie nam przeszkadzał. Ale nie mam pojęcia, co się z nim działo po mojej… Mojej śmierci. <br />
 </span>Serwalka zastrzygła uszami, słuchając opowieści ducha. Przyjaźń dik dika z fenkiem brzmiała dość nietypowo, lecz czy ona miała prawo do takich osądów? W końcu miała zebrę w swym stadzie. W tej chwili jednak musiała się skupić po prostu na pomocy zmarłemu – problem w tym, że nie miała pojęcia kim był ów Lomvi. <br />
- Znam te tereny bardzo dobrze, ale nie kojarzę, żebym kiedykolwiek spotkała tu fenki – odezwała się ostrożnie, lecz ku jej zdziwieniu, duch nie wyglądał na zaskoczonego tą informacją.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przenieśli się stąd… Jakiś czas temu, nie mam pojęcia jak dawno. Duchom ciężko jest to określać. </span>– Poruszenie się mgły świadczyło o tym, że zjawa zmarszczyła nosek w przejawie swej irytacji. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przez jakiś czas mogłem mu towarzyszyć, obserwować co robi, ale ostatnie co pamiętam, to jak musiał się ukrywać przed jakimś drapieżnikiem, a później… Później już znalazłem się tutaj. I nie wiem, co dalej.<br />
 </span>Głos antylopy zabrzmiał niezwykle żałośnie, a jej sylwetka stała się jeszcze bardziej niewyraźna, półprzeźroczysta, jakby jej zwątpienie odebrało jej siły potrzebne do utrzymania choćby ćwierć-materialnej postaci. Samiya od razu zaczęła współczuć duchowi, błąkającemu się bez celu po świecie, do którego już nie należał. Ale jego słowa zawierały ważny trop.<br />
- Myślisz, że Lomvi również… Umarł?  - zapytała ostrożnie marę, wahając się nad doborem odpowiednich słów. Dik dik jedynie opuścił łeb nisko, a jego kontury znów się rozmazały. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Ale przecież gdyby tak było, obiecał, że mnie odnajdzie</span> – szept ducha był już możliwy do zrozumienia tylko dzięki jej wyczulonemu „szóstemu” zmysłowi. <br />
Dik dik cierpiał, co do tego nie było wątpliwości. Co przytrafiło się jego przyjacielowi? Pożegnał się z życiem, męcząc się przy tym? Zostawił swego dawnego towarzysza na los samotnej tułaczki po świecie żywych, łamiąc obietnicę? Czy może dalej jego żywe ciało sprawiało mu cierpienie?<br />
Obowiązkiem Samiyi jako kapłanki było prowadzenie dusz, czy to tych jeszcze mieszczących się w żywych istotach, czy tych zagubionych pomiędzy światami.<br />
- Mogłabym spróbować przywołać jego ducha. Jeżeli oczywiście już się oddzielił od ciała. – Antylopa natychmiast uniosła łeb, a Samiya poczuła jak wwiercają się w nią puste oczy martwego. – Ale potrzebuję do tego jakiegoś ważnego dla Lomviego przedmiotu, czegoś, z czym miałby duchowy związek.<br />
Skąd duch dik dika miałby wytrzasnąć taki przedmiot? Serwalka obawiała się, że właśnie stanęli w –nomen omen – martwym punkcie, lecz zjawa antylopy pojaśniała.<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Mam coś takiego! Znaczy, no… Miałem. Mogę ci pokazać, gdzie to dalej powinno się znajdować.<br />
 </span>Cętkowana uniosła brew w zaciekawieniu, lecz nie oponowała. Dała się poprowadzić duchowi przez ciemną noc i mgłę. <br />
Droga nie była długa, celem zaś była niewielka norka, skąd korzystając ze wskazówek zjawy Samiya wydobyła dość prosty przedmiot – rzemyk z kilkoma drewnianymi paciorkami. Jak wyjaśnił dik dik, był to prezent, który podarował mu Lomvi jeszcze w czasach dzieciństwa, a którym po śmierci antylopy zainteresował się jakiś pobliski gryzoń i zaniósł do swej kryjówki. Według jej wiedzy, jeżeli podarunek był szczerym znakiem ich przyjaźni, jak najbardziej nadawałby się do rytuału. Teraz tylko musiała ów rytuał przeprowadzić. A zaczęła od położenia naszyjnika na kamieniu wystającym ponad trawy, na który idealnie padała smuga księżycowego światła. Wokół niej poruszała się mgła, gdy zaciekawiony duch co chwila zmieniał swe położenie, by lepiej się przyglądać. A z początku nie było to zbyt imponujące – Samiya zwyczajnie usiadła, położyła łapę na naszyjniku i zamknęła oczy. To, co chciała zrobić, wymagało dużego skupienia i nawiązania więzi ze światem niematerialnym, co nie było aż tak proste. Musiała odnaleźć w naszyjniku duchowy ślad Lomviego, i sprawić, by był on silniejszy, czytelny dla innych – by przyjaciel dik dika mógł go wyczuć i się tu skierować. Serwalka zaczęła nagle nucić melodię, dość wesołą i żwawą, być może nieprzystającą do mistycznych rytuałów – bo nie była to pieśń, której nauczyła ją Ines w tym właśnie celu. To była piosenka śpiewana jej przez Serret, gdy Sami była jeszcze młodym kocięciem – przy niej jakoś bardziej czuła więź z Jasnym Panem.<br />
- O, Fedha Mwezi, nisaidia! Zbłąkana dusza nie może odnaleźć swej drogi, zagubiła swe światło, skryła w cieniu. Tafadhali, Fedha Mwezi, ponieś mój głos – niech Lomvi usłyszy, niech przypomni sobie lata dzieciństwa i słodycz przyjaźni, niech odpowie na me wołanie!<br />
Zerwał się wiatr, ciepły, suchy, pachnący pustynią. Poruszył futrem serwalki, zawirował mgłą, która zatańczyła wokół zjawy dik dika, choć jego sylwetka pozostała nienaruszona. <br />
I już po chwili na kamieniu, tuż koło naszyjnika, siedział stworzony z mgły, bardzo zdezorientowany widmowy fenek. Dik dik świsnął radośnie, i natychmiast rzucił się na swego przyjaciela. Samiya uśmiechnęła się, widząc, jak szczęśliwe wydają się obie zjawy, witając się wesoło i natychmiast zasypując się potokiem słów. Przez chwilę tak siedziała, nim dik dik sobie przypomniał o jej obecności, i zwrócił się do niej.<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Nie mam pojęcia jak ci dziękować! Myślałem już, że będę musiał wieczność szukać przyjaciela i pałętać się samotnie, niesłyszany przez nikogo</span> – zawiesił na moment głos – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę, stokrotne dzięki, kapłanko!<br />
 </span>Samiya tylko uśmiechnęła się w jego stronę.<br />
- Cieszę się, że mogłam pomóc. Kierujcie się światłem Księżyca, a wszystko będzie dobrze – dodała na sam koniec, a zjawy także odpowiedziały jej uśmiechem, i rozpłynęły się we mgle.<br />
Jej praca została wykonana, mogła już spokojnie udać się na zasłużony odpoczynek, pozostała już tylko jedna sprawa. Po krótkim wahaniu, chwyciła w zęby naszyjnik użyty w rytuale i ruszyła z nim w stronę Złotej Skały. Nie mogłaby go zostawić tutaj, na pastwę losu – niech będzie ozdobą kapłańskiej groty.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Opowiadanie na Młodszego Znachora]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2840</link>
			<pubDate>Sat, 10 Feb 2018 15:48:42 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2840</guid>
			<description><![CDATA[„Dobra robota,” mruknął Gunter i nachylił się nad małą roślinką o fioletowych kwiatach. Wśród wysokiej trawy była niemal niewidoczna, lecz węch nigdy go nie mylił. Często przechwalał się, że znalazłby kocimiętkę nawet z zamkniętymi oczami w środku dżungli. Może była to lekka przesada, jednak Gunter rzeczywiście był bardzo sprawnym zielarzem. Okrążył roślinę dookoła, starając się wdychać jak najmniej jej zapachu, chciał na razie zachować jasność umysłu. Nagle wyprostował się i wytężył słuch. Ktoś był w pobliżu i chociaż zasłaniały go rozłożyste akacje, Gunter poczuł wyraźny zapach. Krew. Ta osoba była ranna, a on zajmował się leczeniem. To coś dla niego. Gdzieś niedaleko mogło jednak czaić się niebezpieczeństwo, więc Gunter, ostrożnie rozglądając się dookoła, ruszył powoli w stronę dźwięku. Jego podejrzenia okazały się słuszne – za drzewem leżał skulony lew o ciemnej sierści. Oddychał ciężko i wydawał się być nieprzytomny, jednak kiedy Gunter podszedł bliżej, obcy otworzył oczy. Na pierwszy rzut oka nie było widać na jego ciele ran, jednak trawa wokół była nasiąknięta krwią. „Mogę ci pomóc,” powiedział Gunter, „znam się na leczeniu.” „Nie,” wyszeptał ranny. „Zostaw mnie. Moje dzieci… ”.  „Jesteś ranny,” przerwał mu Gunter, „zabieram cię do swojej jaskini. Nie mam czasu na pogawędki o rodzinie.” Ranny nie był w stanie iść o własnych siłach, więc uzdrowiciel złapał jego grzywę w zęby i zaczął ciągnąć za sobą. Całe szczęście, że jaskinia była niedaleko, a obcy ważył niewiele. Czyli nieznajomy jest ojcem. A raczej był. Jeśli lwiątka otrzymały podobne rany, nie było wątpliwości, że tego nie przeżyły.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">               Gunter pamiętał dobrze swojego ojca. Nie był on silny ani odważny, jego wygląd nie budził strachu – szczupły, o ciemnej, zmierzwionej sierści i inteligentnych, złotych oczach. Hartmut cieszył się jednak poważaniem w całym stadzie, a dla małego Guntera ojciec był niczym bohater. Lwy i inne zwierzęta przychodziły do niego z różnymi problemami – bólem głowy, chorymi zębami, ranami po walce czy katarem, a wtedy tata niczym czarodziej z legend, których słuchał przed snem, wyciągał z woreczka pachnące zioła i przygotowywał mikstury, które radziły sobie nawet z najdziwniejszymi chorobami. Gunter siedział wtedy kilka kroków od ojca i zafascynowany obserwował bez ruchu jego poczynania. Raz zapytał nawet taty czy używa magii, że potrafi pomóc każdemu, kto odwiedzi ich jaskinię. Hartmut roześmiał się wtedy serdecznie i wytłumaczył synkowi, że choć bardzo by chciał, nie włada nadprzyrodzoną mocą, a jedynie korzysta z darów natury, która dba by na świecie istniała równowaga. „Jeżeli istnieje choroba, gdzieś na świecie znajduje się też na nią lekarstwo. – powiedział –  Niestety jednak żaden medyk nie jest w stanie poznać wszystkich tajemnic przyrody. Z tego powodu istnieją dolegliwości, których nie można wyleczyć mimo najlepszych chęci.” Mówiąc to, ojciec objął Guntera. „Musisz o tym pamiętać, ponieważ pewnego dnia ty także zostaniesz uzdrowicielem, ale nie uda ci się pomóc każdemu, kto poprosi o twoją pomoc. Takie są zasady natury. Ktoś musi umrzeć, by na jego miejsce mogło powstać nowe życie. Nie zawsze też medyk może uleczyć chorego, kiedy on sam tego nie chce. Jeśli ktoś jest na tyle słaby, że nie potrafi zawalczyć o własne życie, oznacza, że nie zasługuje na nie. Wtedy twoją jedyną rolą jest pozwolić mu umrzeć. Pamiętaj synu, litość jest słabością, a ty musisz być silny.” Gunter rozpłakał się wtedy i powiedział tacie, że kiedy będzie duży na pewno uda mu się znaleźć lekarstwo, które wyleczy każdą chorobę. Hartmut uśmiechnął się tylko i mocniej wtulił lwiątko w swoje futro. </span><br />
             „Jesteśmy na miejscu,” wysapał Gunter, kiedy puścił grzywę rannego, pozwalając mu ułożyć się na legowisku. Droga nie była daleka, ale dźwiganie lwa okazało się wyczerpującym zadaniem dla młodego uzdrowiciela. Wreszcie mógł obejrzeć dokładnie nieznajomego. Na jego prawym boku znajdowała się paskudna rana. Widywał już podobne u pechowców, którzy zadzierali ze słoniami. To zdecydowanie był ślad kła, jednak w okolicy nie widywało się słoni. Pochodzenie rany było zagadkowe, jednak nie było czasu się nad nim zastanawiać. Ranny z każdą chwilą słabł, więc trzeba było zatamować krwawienie. Gunter rozejrzał się po jaskini i szybko odnalazł spory kawałek kory akacji oraz łupinę kokosa, w której znajdowały się jej namoczone kwiaty. Zgodnie z zasadą „przezorny zawsze ubezpieczony”, miał zawsze pod ręką ich niewielki zapas. Oderwał pazurami łyko z kory i nasączył je przyniesionym płynem. Następnie obłożył nim bok lwa i docisnął, aby powstrzymać upływ krwi. Musiało to wywołać ból, ponieważ ranny nagle się ocknął i zajęczał. „Nie… moje dzieci…,” wydobył z siebie słaby głos. „Powtarzasz się kolego,” powiedział beznamiętnie Gunter. „Twoje dzieci, matka, ciotki i cała reszta obchodzi mnie dokładnie tak samo, czyli wcale. Mam zamiar cię wyleczyć, a nie plotkować jak staruchy.” Gunter docisnął mocniej opatrunek i ranny z powodu bólu znów pogrążył się w nieświadomości. Uzdrowiciel ułożył się naprzeciwko pacjenta i wlepił w niego wzrok. Zanim użyje ziół musiał poczekać, aż krwawienie ustanie. Nie było sensu ich marnować, gdyby obcy miał umrzeć z wykrwawienia. Gunter westchnął, ułożył łeb wygodnie na przednich łapach i nie mając nic lepszego do roboty pogrążył się we wspomnieniach.<br />
               <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Był słoneczny, parny dzień, taki jakich wiele o tej porze roku. Dla Guntera jednak był to najważniejszy dzień w jego krótkim życiu – po raz pierwszy ojciec zabierał go ze sobą na zbiór ziół. Był niezwykle szczęśliwy z tego powodu i już od kilku dni z dumą opowiadał kolegom jakie to odpowiedzialne zadanie. „Zobaczycie, zostanę medykiem jak mój tata!” przechwalał się, „Kto wie, może nawet będę lepszy od niego.” Od wschodu słońca Gunter nie mógł usiedzieć na miejscu i co chwila spoglądał na sawannę, zastanawiając się, jakie nieznane miejsca pokaże mu dzisiaj tata. Takie niezwykłe zioła z pewnością rosną w jakimś niesamowitym miejscu jak z bajki – zastanawiał się – na pewno tata zna tajemnicze zakątki, w których nie był jeszcze żaden inny lew! Dlatego też, kiedy ojciec wreszcie oznajmił, że czas iść, Gunter ruszył dumnie za nim z podniesionym ogonem i głową pełną marzeń. Mimo długiej drogi i upału mały lew nie pokazywał po sobie zmęczenia. Kiedyś będę medykiem, tak jak tata – myślał – muszę pokazać mu, że potrafię poradzić sobie z tym zadaniem, że jestem silny. Z rozmyślań wyrwał go głos ojca. „Spójrz przed siebie,” powiedział. Gunter zaskoczony rozejrzał się dookoła. Znajdowali się na sawannie, wokół rosła zielona trawa, w oddali znajdowało się kilka baobabów. Nie mogli być jeszcze na miejscu. Gdzie są te niezwykłe widoki, gdzie gąszcze wonnych ziół i tajemniczych drzew? Lewek spojrzał zdziwiony na ojca – na co mam patrzeć tato?. Wtedy Hartmut wskazał na kępkę zielonych liści rosnących tuż przed łapami syna, „ta roślina to imbir – nieraz widziałeś już jak podawałem go na przeziębienie lub niestrawność”. „Ale to jest całkiem inna roślina!” powiedział wtedy Gunter, pewny, że tata go nabiera, „tamta jest biała, nie zielona i ma całkiem inny kształt”. „Jeśli chcesz zostać medykiem musisz pamiętać, że często po zewnętrznych objawach nie zawsze można poznać, co dolega komuś w środku,” rzekł Hartmut, „tak samo wiedza o ziołach nie jest prosta i wiele musisz się nauczyć, by odróżnić je od innych roślin”. Wtedy ojciec zaczął kopać w miejscu, gdzie rosła roślina i po chwili wydobył spod ziemi korzenie, które Gunter często widywał wśród jego medykamentów. Tamtego dnia poznał jeszcze wiele roślin – pięknie pachnącą miętę, wysoką akację, barwne kwiaty hibiskusa i mnóstwo innych, których nie zdołał zapamiętać. W czasie kolejnych wypraw coraz lepiej szło mu jednak rozpoznawanie leczniczych roślin, a ojciec, z dumą obserwując postępy Guntera, opowiadał mu o ich właściwościach i zastosowaniach.</span><br />
               Z rozmyślań wyrwała go natrętna mucha, która usiadła mu na nosie. Odgonił ją łapą. To zły znak, jeśli do rany zaczynają zlatywać się insekty. Czy sok z akacji nie zadziałał? Gunter wstał i podszedł do chorego. Nadal był nieprzytomny, ale rana zdążyła się już zasklepić. Obwąchał ją uważnie i nie wyczuł zapachu ropy ani rozkładu. To dobrze, nie musiał oczyszczać rany. Znachor skierował się w kąt jaskini, gdzie trzymał zioła, chwycił pęk szałwii, zerwanej poprzedniego dnia i zaniósł do legowiska. Delikatnie zdjął opatrunek, starając się nie wybudzić rannego – pogawędka była ostatnim na co miał teraz ochotę. Następnie, używając pazurów, rozerwał liście szałwii na małe fragmenty i obłożył nimi ranę. Ten zabieg powinien pomóc w gojeniu. Niepokoiła go głębokość rany. Kieł, lub cokolwiek pozostawiło tę dziurę w boku lwa, mógł uszkodzić ciało od środka, a wtedy uzdrowiciel niewiele mógłby już zrobić. Musiał zbadać rannego, lecz potrzebował go przy tym przytomnego. Zdecydował się go na razie nie budzić, ponieważ sen jest bardzo ważny w procesie leczenia i korzystając z wolnej chwili, sam uciął sobie drzemkę.<br />
               <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tę lekcję pamiętał najwyraźniej, nie tylko z powodu bezcennej wiedzy jaką zyskał, ale ponieważ właśnie wtedy poznał najciemniejszą stronę zawodu ojca. W jego pamięci pozostał wyraźny obraz taty wracającego z polowania. Był wieczór, a Gunter bawił się jakimiś kośćmi w progu jaskini, kiedy usłyszał na zewnątrz kroki ojca. W blasku zachodzącego słońca cały świat miał czerwoną barwę, więc początkowo nie zauważył co niesie tata. Pomyślał, że właśnie wrócił z udanego polowania i ucieszył się na myśl o kolacji. Podbiegł wesoło do niego, jednak w miarę jak zbliżał się do taty zaczął dostrzegać coś niepokojącego. Zwolnił, a uśmiech natychmiast opuścił jego twarz. Za to oczy ojca aż błyszczały z radości, jednocześnie nadając jego twarzy przerażający wyraz. Położył ciało ostrożnie na ziemi i spojrzał na syna. „Czas na najważniejszą lekcję. Aby zdobyć umiejętność leczenia ciała, musisz poznać jego działanie, zobaczyć jak pracuje w środku. Podejdź bliżej, zachowujesz się jak tchórz” – rzekł tata, a Gunter posłusznie zrobił kilka kroków do przodu i spojrzał na drżącą istotę na ziemi. To było lwiątko, niewiele starsze od Guntera. Widział przejmujący strach w jego oczach i ranę na karku, która z pewnością była przyczyną, dla której lewek nie mógł poruszać kończynami. Na sierści, gdzie nie jeszcze nie dotarła sącząca się krew, dostrzegł ciemniejsze cętki. Pierwszy raz widział lwa o takiej maści. „On nie jest lwem takim my,” powiedział wtedy ojciec. „To leopon, odrażająca hybryda lwicy i lamparta. Jego życie nie jest nic warte, ale możemy go wykorzystać dla twojego wykształcenia. Chodź za mną, synu,” rzekł Hartmut, chwycił ranne zwierzę za kark i powlókł je do jaskini, a Gunter nie odważywszy się powiedzieć ani słowa, ruszył powoli za nim.</span><br />
               „Aaaaaa!” krzyknął ranny, co było niewątpliwym znakiem, że już nie śpi. Gunter wstał powoli, przeciągnął się i głośno ziewnął. Nie głośniej co prawda, niż krzyki obcego, lecz uzdrowiciel wydawał się ich nie słyszeć. Przywykł już do wrzasków chorych przy nastawianiu złamań, amputowaniu kończyn i wielu ciekawych z punktu widzenia medyka czynnościach. Na podstawie głośności krzyku, rozlegającego się teraz w jaskini, oceniał ból odczuwany przez rannego na coś pomiędzy bólem zepsutego zęba, którym ugryzło się właśnie twardą kość, a bólem oka, w który wbiła się niewielka, acz dobrze naostrzona gałązka. Ucieszyła go ta konkluzja, ponieważ oznaczało to, że okład z szałwii złagodził nieco dolegliwość. Wiedział jednocześnie, że za chwilę krzyk nieznajomego podskoczy o kilka pozycji na skali. Musiał go na chwilę uspokoić, więc rozpoczął rozmowę. „Myślę, że czas się przedstawić – nazywam się Gunter, a do ciebie będę mówić Hans.” Nazywał tak wszystkich pacjentów. Zapamiętywanie imienia każdego, kto odwiedzał jego jaskinię było stratą czasu. „A skoro już się znamy Hans, może powiesz mi wreszcie, jak nabawiłeś się tej rany?” zapytał pacjenta. „To… to był guziec,” odpowiedział ranny słabym głosem. Gunter spojrzał z niedowierzaniem na lwa. Jak dorosły samiec mógł dać się tak załatwić świni? „Muszę teraz sprawdzić, czy twoje wewnętrzne organy nie są uszkodzone.” powiedział z uśmiechem na ustach, w końcu dobre nastawienie to podstawa. „Trudno jest to zrobić nie zaglądając do środka, ale nie chcę mieć w mojej jaskini jeszcze więcej bałaganu, dlatego ograniczę się do oględzin zewnętrznych.” Gunter ze zdziwieniem stwierdził, że Hans nie zareagował na jego słowa. Żadnego strachu, grymasu na pysku, nawet się nie odezwał. Może znowu stracił świadomość? Nieważne. Dał radę krzyczeć, a właśnie tego potrzebował w tej chwili uzdrowiciel. „Ważne części ciała są schowane głęboko pod skórą, dlatego aby je zbadać będę zmuszony użyć dużej siły. Jednocześnie prosiłbym cię, abyś był tak uprzejmy i na bieżąco opisywał mi swoje odczucia. Zakładam, że nie posiadasz wiedzy medycznej i nie posługujesz się w tej dziedzinie fachowym słownictwem. Dlatego też akceptowalną formą twojej wypowiedzi będzie modulowanie krzyku w zależności od bólu odczuwanego przy naciskaniu przeze mnie poszczególnych organów.” Znachor spojrzał na pacjenta, lecz ten znów zachowywał się jakby nic nie słyszał. Uznając milczenie za zgodę Gunter zabrał się do pracy. „Guziec,” powtórzył jeszcze z sarkastycznym uśmiechem.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">                 Rozmowa z ojcem o zawodzie medyka i śmierci, która jest jego nieodłączną częścią miała wpływ na całe życie Guntera. Nie był już dzieckiem i rozumiał słowa, które usłyszał tamtego dnia w rodzinnej jaskini. Tylko silni zasługują na to żeby żyć. Choć dopiero niedawno został Młodszym Znachorem, miał już okazję spojrzeć w oczy śmierci i przekonał się, że gdy wybierze ona sobie ofiarę, nawet najzdolniejszy medyk nie wyrwie chorego z jej szponów. To była młoda lwica. Ciężarna. Kiedy przyprowadzono ją do Guntera, ledwo stała na nogach, a jej oczy wydawały się zasnute mgłą. Miał przyjąć poród, który już się rozpoczął i nie miał czasu dokładnie zbadać pacjentki. Udało mu się tylko zbić jej gorączkę przy użyciu naparu z akacji i podać napar z melisy na uśmierzenie bólu. Pomimo że przypadek wydawał się beznadziejny, samica urodziła dwójkę zdrowych lwiątek. Jednak nie mógł uznać tego za sukces, ponieważ stan lwicy wciąż się pogarszał. Mimo podawania mikstur i naparów, umarła następnej nocy. Nie czuł jednak wyrzutów sumienia, ani żalu po zmarłej. Wykonał swoje zadanie, ona nie wypełniła swojego, poddając się śmierci. Czy jednak lwica, która mimo że jej życie trzymało się tylko na cienkim włosku, dała życie dwojgu dzieci, mogła nie być silna? Gunter odrzucił tę myśl i przypomniał sobie słowa ojca. Litość jest słabością.</span><br />
               Po dwóch dniach ranny lew był już w stanie stanąć o własnych siłach, co oznaczało, że uzdrowiciel zakończył swoją pracę, a ranny mógł opuścić jego jaskinię. Gunter wolałby mieć oko na pacjenta jeszcze przez kilka dni, żeby upewnić się o jego stanie, ale ten nalegał na jak najszybsze zakończenie leczenia. „Musisz pójść ze mną! Musimy uratować moją rodzinę!” gorączkował się. „Obiecałeś mi pomóc!” wyrzucał znachorowi. „Obiecałem i tak zrobiłem,” odpowiedział Gunter, rzucając mu pod nogi kilka pęczek zielonych liści. „Weź, to melisa. Żuj ją kiedy będziesz czuł ból, powinna go złagodzić. I nie zapomnij przemywać tej rany, żeby dobrze się goiła. Wykonałem swoją pracę i nie zrobię dla ciebie nic więcej, musisz radzić sobie sam.” Hans spuścił wzrok. „Rozumiem. Czyli na mnie już czas. Dziękuję za uleczenie, jestem ci winien wdzięczność do końca życia.” Gunter spojrzał w oczy towarzysza, „Nie oczekuję od ciebie wdzięczności. Jesteś moim dłużnikiem i oczekuję zapłaty. Wiesz gdzie mnie znaleźć.” Odwrócił się i ruszył w stronę zagajnika akacji. O ile dobrze pamiętał, czekało tam coś ciekawszego niż ratowanie cudzych rodzin. Nieznajomy stał jeszcze przez chwilę, wpatrując się w uzdrowiciela, po czym odszedł w drugą stronę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[„Dobra robota,” mruknął Gunter i nachylił się nad małą roślinką o fioletowych kwiatach. Wśród wysokiej trawy była niemal niewidoczna, lecz węch nigdy go nie mylił. Często przechwalał się, że znalazłby kocimiętkę nawet z zamkniętymi oczami w środku dżungli. Może była to lekka przesada, jednak Gunter rzeczywiście był bardzo sprawnym zielarzem. Okrążył roślinę dookoła, starając się wdychać jak najmniej jej zapachu, chciał na razie zachować jasność umysłu. Nagle wyprostował się i wytężył słuch. Ktoś był w pobliżu i chociaż zasłaniały go rozłożyste akacje, Gunter poczuł wyraźny zapach. Krew. Ta osoba była ranna, a on zajmował się leczeniem. To coś dla niego. Gdzieś niedaleko mogło jednak czaić się niebezpieczeństwo, więc Gunter, ostrożnie rozglądając się dookoła, ruszył powoli w stronę dźwięku. Jego podejrzenia okazały się słuszne – za drzewem leżał skulony lew o ciemnej sierści. Oddychał ciężko i wydawał się być nieprzytomny, jednak kiedy Gunter podszedł bliżej, obcy otworzył oczy. Na pierwszy rzut oka nie było widać na jego ciele ran, jednak trawa wokół była nasiąknięta krwią. „Mogę ci pomóc,” powiedział Gunter, „znam się na leczeniu.” „Nie,” wyszeptał ranny. „Zostaw mnie. Moje dzieci… ”.  „Jesteś ranny,” przerwał mu Gunter, „zabieram cię do swojej jaskini. Nie mam czasu na pogawędki o rodzinie.” Ranny nie był w stanie iść o własnych siłach, więc uzdrowiciel złapał jego grzywę w zęby i zaczął ciągnąć za sobą. Całe szczęście, że jaskinia była niedaleko, a obcy ważył niewiele. Czyli nieznajomy jest ojcem. A raczej był. Jeśli lwiątka otrzymały podobne rany, nie było wątpliwości, że tego nie przeżyły.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">               Gunter pamiętał dobrze swojego ojca. Nie był on silny ani odważny, jego wygląd nie budził strachu – szczupły, o ciemnej, zmierzwionej sierści i inteligentnych, złotych oczach. Hartmut cieszył się jednak poważaniem w całym stadzie, a dla małego Guntera ojciec był niczym bohater. Lwy i inne zwierzęta przychodziły do niego z różnymi problemami – bólem głowy, chorymi zębami, ranami po walce czy katarem, a wtedy tata niczym czarodziej z legend, których słuchał przed snem, wyciągał z woreczka pachnące zioła i przygotowywał mikstury, które radziły sobie nawet z najdziwniejszymi chorobami. Gunter siedział wtedy kilka kroków od ojca i zafascynowany obserwował bez ruchu jego poczynania. Raz zapytał nawet taty czy używa magii, że potrafi pomóc każdemu, kto odwiedzi ich jaskinię. Hartmut roześmiał się wtedy serdecznie i wytłumaczył synkowi, że choć bardzo by chciał, nie włada nadprzyrodzoną mocą, a jedynie korzysta z darów natury, która dba by na świecie istniała równowaga. „Jeżeli istnieje choroba, gdzieś na świecie znajduje się też na nią lekarstwo. – powiedział –  Niestety jednak żaden medyk nie jest w stanie poznać wszystkich tajemnic przyrody. Z tego powodu istnieją dolegliwości, których nie można wyleczyć mimo najlepszych chęci.” Mówiąc to, ojciec objął Guntera. „Musisz o tym pamiętać, ponieważ pewnego dnia ty także zostaniesz uzdrowicielem, ale nie uda ci się pomóc każdemu, kto poprosi o twoją pomoc. Takie są zasady natury. Ktoś musi umrzeć, by na jego miejsce mogło powstać nowe życie. Nie zawsze też medyk może uleczyć chorego, kiedy on sam tego nie chce. Jeśli ktoś jest na tyle słaby, że nie potrafi zawalczyć o własne życie, oznacza, że nie zasługuje na nie. Wtedy twoją jedyną rolą jest pozwolić mu umrzeć. Pamiętaj synu, litość jest słabością, a ty musisz być silny.” Gunter rozpłakał się wtedy i powiedział tacie, że kiedy będzie duży na pewno uda mu się znaleźć lekarstwo, które wyleczy każdą chorobę. Hartmut uśmiechnął się tylko i mocniej wtulił lwiątko w swoje futro. </span><br />
             „Jesteśmy na miejscu,” wysapał Gunter, kiedy puścił grzywę rannego, pozwalając mu ułożyć się na legowisku. Droga nie była daleka, ale dźwiganie lwa okazało się wyczerpującym zadaniem dla młodego uzdrowiciela. Wreszcie mógł obejrzeć dokładnie nieznajomego. Na jego prawym boku znajdowała się paskudna rana. Widywał już podobne u pechowców, którzy zadzierali ze słoniami. To zdecydowanie był ślad kła, jednak w okolicy nie widywało się słoni. Pochodzenie rany było zagadkowe, jednak nie było czasu się nad nim zastanawiać. Ranny z każdą chwilą słabł, więc trzeba było zatamować krwawienie. Gunter rozejrzał się po jaskini i szybko odnalazł spory kawałek kory akacji oraz łupinę kokosa, w której znajdowały się jej namoczone kwiaty. Zgodnie z zasadą „przezorny zawsze ubezpieczony”, miał zawsze pod ręką ich niewielki zapas. Oderwał pazurami łyko z kory i nasączył je przyniesionym płynem. Następnie obłożył nim bok lwa i docisnął, aby powstrzymać upływ krwi. Musiało to wywołać ból, ponieważ ranny nagle się ocknął i zajęczał. „Nie… moje dzieci…,” wydobył z siebie słaby głos. „Powtarzasz się kolego,” powiedział beznamiętnie Gunter. „Twoje dzieci, matka, ciotki i cała reszta obchodzi mnie dokładnie tak samo, czyli wcale. Mam zamiar cię wyleczyć, a nie plotkować jak staruchy.” Gunter docisnął mocniej opatrunek i ranny z powodu bólu znów pogrążył się w nieświadomości. Uzdrowiciel ułożył się naprzeciwko pacjenta i wlepił w niego wzrok. Zanim użyje ziół musiał poczekać, aż krwawienie ustanie. Nie było sensu ich marnować, gdyby obcy miał umrzeć z wykrwawienia. Gunter westchnął, ułożył łeb wygodnie na przednich łapach i nie mając nic lepszego do roboty pogrążył się we wspomnieniach.<br />
               <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Był słoneczny, parny dzień, taki jakich wiele o tej porze roku. Dla Guntera jednak był to najważniejszy dzień w jego krótkim życiu – po raz pierwszy ojciec zabierał go ze sobą na zbiór ziół. Był niezwykle szczęśliwy z tego powodu i już od kilku dni z dumą opowiadał kolegom jakie to odpowiedzialne zadanie. „Zobaczycie, zostanę medykiem jak mój tata!” przechwalał się, „Kto wie, może nawet będę lepszy od niego.” Od wschodu słońca Gunter nie mógł usiedzieć na miejscu i co chwila spoglądał na sawannę, zastanawiając się, jakie nieznane miejsca pokaże mu dzisiaj tata. Takie niezwykłe zioła z pewnością rosną w jakimś niesamowitym miejscu jak z bajki – zastanawiał się – na pewno tata zna tajemnicze zakątki, w których nie był jeszcze żaden inny lew! Dlatego też, kiedy ojciec wreszcie oznajmił, że czas iść, Gunter ruszył dumnie za nim z podniesionym ogonem i głową pełną marzeń. Mimo długiej drogi i upału mały lew nie pokazywał po sobie zmęczenia. Kiedyś będę medykiem, tak jak tata – myślał – muszę pokazać mu, że potrafię poradzić sobie z tym zadaniem, że jestem silny. Z rozmyślań wyrwał go głos ojca. „Spójrz przed siebie,” powiedział. Gunter zaskoczony rozejrzał się dookoła. Znajdowali się na sawannie, wokół rosła zielona trawa, w oddali znajdowało się kilka baobabów. Nie mogli być jeszcze na miejscu. Gdzie są te niezwykłe widoki, gdzie gąszcze wonnych ziół i tajemniczych drzew? Lewek spojrzał zdziwiony na ojca – na co mam patrzeć tato?. Wtedy Hartmut wskazał na kępkę zielonych liści rosnących tuż przed łapami syna, „ta roślina to imbir – nieraz widziałeś już jak podawałem go na przeziębienie lub niestrawność”. „Ale to jest całkiem inna roślina!” powiedział wtedy Gunter, pewny, że tata go nabiera, „tamta jest biała, nie zielona i ma całkiem inny kształt”. „Jeśli chcesz zostać medykiem musisz pamiętać, że często po zewnętrznych objawach nie zawsze można poznać, co dolega komuś w środku,” rzekł Hartmut, „tak samo wiedza o ziołach nie jest prosta i wiele musisz się nauczyć, by odróżnić je od innych roślin”. Wtedy ojciec zaczął kopać w miejscu, gdzie rosła roślina i po chwili wydobył spod ziemi korzenie, które Gunter często widywał wśród jego medykamentów. Tamtego dnia poznał jeszcze wiele roślin – pięknie pachnącą miętę, wysoką akację, barwne kwiaty hibiskusa i mnóstwo innych, których nie zdołał zapamiętać. W czasie kolejnych wypraw coraz lepiej szło mu jednak rozpoznawanie leczniczych roślin, a ojciec, z dumą obserwując postępy Guntera, opowiadał mu o ich właściwościach i zastosowaniach.</span><br />
               Z rozmyślań wyrwała go natrętna mucha, która usiadła mu na nosie. Odgonił ją łapą. To zły znak, jeśli do rany zaczynają zlatywać się insekty. Czy sok z akacji nie zadziałał? Gunter wstał i podszedł do chorego. Nadal był nieprzytomny, ale rana zdążyła się już zasklepić. Obwąchał ją uważnie i nie wyczuł zapachu ropy ani rozkładu. To dobrze, nie musiał oczyszczać rany. Znachor skierował się w kąt jaskini, gdzie trzymał zioła, chwycił pęk szałwii, zerwanej poprzedniego dnia i zaniósł do legowiska. Delikatnie zdjął opatrunek, starając się nie wybudzić rannego – pogawędka była ostatnim na co miał teraz ochotę. Następnie, używając pazurów, rozerwał liście szałwii na małe fragmenty i obłożył nimi ranę. Ten zabieg powinien pomóc w gojeniu. Niepokoiła go głębokość rany. Kieł, lub cokolwiek pozostawiło tę dziurę w boku lwa, mógł uszkodzić ciało od środka, a wtedy uzdrowiciel niewiele mógłby już zrobić. Musiał zbadać rannego, lecz potrzebował go przy tym przytomnego. Zdecydował się go na razie nie budzić, ponieważ sen jest bardzo ważny w procesie leczenia i korzystając z wolnej chwili, sam uciął sobie drzemkę.<br />
               <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tę lekcję pamiętał najwyraźniej, nie tylko z powodu bezcennej wiedzy jaką zyskał, ale ponieważ właśnie wtedy poznał najciemniejszą stronę zawodu ojca. W jego pamięci pozostał wyraźny obraz taty wracającego z polowania. Był wieczór, a Gunter bawił się jakimiś kośćmi w progu jaskini, kiedy usłyszał na zewnątrz kroki ojca. W blasku zachodzącego słońca cały świat miał czerwoną barwę, więc początkowo nie zauważył co niesie tata. Pomyślał, że właśnie wrócił z udanego polowania i ucieszył się na myśl o kolacji. Podbiegł wesoło do niego, jednak w miarę jak zbliżał się do taty zaczął dostrzegać coś niepokojącego. Zwolnił, a uśmiech natychmiast opuścił jego twarz. Za to oczy ojca aż błyszczały z radości, jednocześnie nadając jego twarzy przerażający wyraz. Położył ciało ostrożnie na ziemi i spojrzał na syna. „Czas na najważniejszą lekcję. Aby zdobyć umiejętność leczenia ciała, musisz poznać jego działanie, zobaczyć jak pracuje w środku. Podejdź bliżej, zachowujesz się jak tchórz” – rzekł tata, a Gunter posłusznie zrobił kilka kroków do przodu i spojrzał na drżącą istotę na ziemi. To było lwiątko, niewiele starsze od Guntera. Widział przejmujący strach w jego oczach i ranę na karku, która z pewnością była przyczyną, dla której lewek nie mógł poruszać kończynami. Na sierści, gdzie nie jeszcze nie dotarła sącząca się krew, dostrzegł ciemniejsze cętki. Pierwszy raz widział lwa o takiej maści. „On nie jest lwem takim my,” powiedział wtedy ojciec. „To leopon, odrażająca hybryda lwicy i lamparta. Jego życie nie jest nic warte, ale możemy go wykorzystać dla twojego wykształcenia. Chodź za mną, synu,” rzekł Hartmut, chwycił ranne zwierzę za kark i powlókł je do jaskini, a Gunter nie odważywszy się powiedzieć ani słowa, ruszył powoli za nim.</span><br />
               „Aaaaaa!” krzyknął ranny, co było niewątpliwym znakiem, że już nie śpi. Gunter wstał powoli, przeciągnął się i głośno ziewnął. Nie głośniej co prawda, niż krzyki obcego, lecz uzdrowiciel wydawał się ich nie słyszeć. Przywykł już do wrzasków chorych przy nastawianiu złamań, amputowaniu kończyn i wielu ciekawych z punktu widzenia medyka czynnościach. Na podstawie głośności krzyku, rozlegającego się teraz w jaskini, oceniał ból odczuwany przez rannego na coś pomiędzy bólem zepsutego zęba, którym ugryzło się właśnie twardą kość, a bólem oka, w który wbiła się niewielka, acz dobrze naostrzona gałązka. Ucieszyła go ta konkluzja, ponieważ oznaczało to, że okład z szałwii złagodził nieco dolegliwość. Wiedział jednocześnie, że za chwilę krzyk nieznajomego podskoczy o kilka pozycji na skali. Musiał go na chwilę uspokoić, więc rozpoczął rozmowę. „Myślę, że czas się przedstawić – nazywam się Gunter, a do ciebie będę mówić Hans.” Nazywał tak wszystkich pacjentów. Zapamiętywanie imienia każdego, kto odwiedzał jego jaskinię było stratą czasu. „A skoro już się znamy Hans, może powiesz mi wreszcie, jak nabawiłeś się tej rany?” zapytał pacjenta. „To… to był guziec,” odpowiedział ranny słabym głosem. Gunter spojrzał z niedowierzaniem na lwa. Jak dorosły samiec mógł dać się tak załatwić świni? „Muszę teraz sprawdzić, czy twoje wewnętrzne organy nie są uszkodzone.” powiedział z uśmiechem na ustach, w końcu dobre nastawienie to podstawa. „Trudno jest to zrobić nie zaglądając do środka, ale nie chcę mieć w mojej jaskini jeszcze więcej bałaganu, dlatego ograniczę się do oględzin zewnętrznych.” Gunter ze zdziwieniem stwierdził, że Hans nie zareagował na jego słowa. Żadnego strachu, grymasu na pysku, nawet się nie odezwał. Może znowu stracił świadomość? Nieważne. Dał radę krzyczeć, a właśnie tego potrzebował w tej chwili uzdrowiciel. „Ważne części ciała są schowane głęboko pod skórą, dlatego aby je zbadać będę zmuszony użyć dużej siły. Jednocześnie prosiłbym cię, abyś był tak uprzejmy i na bieżąco opisywał mi swoje odczucia. Zakładam, że nie posiadasz wiedzy medycznej i nie posługujesz się w tej dziedzinie fachowym słownictwem. Dlatego też akceptowalną formą twojej wypowiedzi będzie modulowanie krzyku w zależności od bólu odczuwanego przy naciskaniu przeze mnie poszczególnych organów.” Znachor spojrzał na pacjenta, lecz ten znów zachowywał się jakby nic nie słyszał. Uznając milczenie za zgodę Gunter zabrał się do pracy. „Guziec,” powtórzył jeszcze z sarkastycznym uśmiechem.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">                 Rozmowa z ojcem o zawodzie medyka i śmierci, która jest jego nieodłączną częścią miała wpływ na całe życie Guntera. Nie był już dzieckiem i rozumiał słowa, które usłyszał tamtego dnia w rodzinnej jaskini. Tylko silni zasługują na to żeby żyć. Choć dopiero niedawno został Młodszym Znachorem, miał już okazję spojrzeć w oczy śmierci i przekonał się, że gdy wybierze ona sobie ofiarę, nawet najzdolniejszy medyk nie wyrwie chorego z jej szponów. To była młoda lwica. Ciężarna. Kiedy przyprowadzono ją do Guntera, ledwo stała na nogach, a jej oczy wydawały się zasnute mgłą. Miał przyjąć poród, który już się rozpoczął i nie miał czasu dokładnie zbadać pacjentki. Udało mu się tylko zbić jej gorączkę przy użyciu naparu z akacji i podać napar z melisy na uśmierzenie bólu. Pomimo że przypadek wydawał się beznadziejny, samica urodziła dwójkę zdrowych lwiątek. Jednak nie mógł uznać tego za sukces, ponieważ stan lwicy wciąż się pogarszał. Mimo podawania mikstur i naparów, umarła następnej nocy. Nie czuł jednak wyrzutów sumienia, ani żalu po zmarłej. Wykonał swoje zadanie, ona nie wypełniła swojego, poddając się śmierci. Czy jednak lwica, która mimo że jej życie trzymało się tylko na cienkim włosku, dała życie dwojgu dzieci, mogła nie być silna? Gunter odrzucił tę myśl i przypomniał sobie słowa ojca. Litość jest słabością.</span><br />
               Po dwóch dniach ranny lew był już w stanie stanąć o własnych siłach, co oznaczało, że uzdrowiciel zakończył swoją pracę, a ranny mógł opuścić jego jaskinię. Gunter wolałby mieć oko na pacjenta jeszcze przez kilka dni, żeby upewnić się o jego stanie, ale ten nalegał na jak najszybsze zakończenie leczenia. „Musisz pójść ze mną! Musimy uratować moją rodzinę!” gorączkował się. „Obiecałeś mi pomóc!” wyrzucał znachorowi. „Obiecałem i tak zrobiłem,” odpowiedział Gunter, rzucając mu pod nogi kilka pęczek zielonych liści. „Weź, to melisa. Żuj ją kiedy będziesz czuł ból, powinna go złagodzić. I nie zapomnij przemywać tej rany, żeby dobrze się goiła. Wykonałem swoją pracę i nie zrobię dla ciebie nic więcej, musisz radzić sobie sam.” Hans spuścił wzrok. „Rozumiem. Czyli na mnie już czas. Dziękuję za uleczenie, jestem ci winien wdzięczność do końca życia.” Gunter spojrzał w oczy towarzysza, „Nie oczekuję od ciebie wdzięczności. Jesteś moim dłużnikiem i oczekuję zapłaty. Wiesz gdzie mnie znaleźć.” Odwrócił się i ruszył w stronę zagajnika akacji. O ile dobrze pamiętał, czekało tam coś ciekawszego niż ratowanie cudzych rodzin. Nieznajomy stał jeszcze przez chwilę, wpatrując się w uzdrowiciela, po czym odszedł w drugą stronę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Tematy opowiadań]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2839</link>
			<pubDate>Sat, 10 Feb 2018 11:05:59 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2839</guid>
			<description><![CDATA[Chcesz napisać opowiadanie, które da Ci wymarzony tytuł <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Młodszego Medyka/Znachora</span> lub <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Młodszego Szamana/Zaklinacza</span>? <br />
Dobrze trafiłeś! Wystarczy, że napiszesz tu propozycję tematu, na który chciałbyś napisać swoje <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">opowiadanie</span> (np. leczenie rannego lamparta, lokalizacja ducha babci), a po zaakceptowaniu go przez kogoś z administracji (co objawi się kolorowym dopiskiem na dole Twojego posta, tak samo jak przy akceptowaniu zapisów do gry) umieścisz w tym dziale gotowe opowiadanie. Załóż w tym celu <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">osobny temat</span>. Opowiadanie również musi zostać zaakceptowane przez administrację - jeśli nie będzie co do niego żadnych uwag, to od razu otrzymasz odpowiedni tytuł oraz punkty doświadczenia za niego przysługujące. <br />
Opowiadanie liczy się również do puli postów fabularnych napisanych w danym miesiącu, co może mieć znaczenie przy sporządzaniu <a href="https://pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=990" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Listy aktywnych</a>.<br />
<br />
Szczegółowe informacje odnośnie opowiadań znajdziesz odpowiednio w tematach <a href="https://pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2619" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Medycy i znachorzy</a> i <a href="https://pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=248" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Duchy, szamani i zaklinacze</a>.<br />
<br />
Jeśli po napisaniu opowiadania i zdobyciu tytułu Twoja postać przeprowadziła już kilka akcji fabularnych związanych ze swoją medyczną czy szamańską profesją, to możesz domagać się awansu na "pełnego" Medyka/Znachora/Szamana/Zaklinacza. W tym celu umieść w swoim temacie z opowiadaniem posta z linkami do swoich akcji fabularnych, a administracja na ich podstawie oceni, czy zasłużyłeś już na awans.<br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Formularz:</span><br />
<div class="codeblock"><div class="title">Kod:</div><div class="body" dir="ltr"><code>[b]Tytuł, który chcę zdobyć:[/b]<br />
[b]Proponowany temat:[/b]</code></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Chcesz napisać opowiadanie, które da Ci wymarzony tytuł <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Młodszego Medyka/Znachora</span> lub <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Młodszego Szamana/Zaklinacza</span>? <br />
Dobrze trafiłeś! Wystarczy, że napiszesz tu propozycję tematu, na który chciałbyś napisać swoje <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">opowiadanie</span> (np. leczenie rannego lamparta, lokalizacja ducha babci), a po zaakceptowaniu go przez kogoś z administracji (co objawi się kolorowym dopiskiem na dole Twojego posta, tak samo jak przy akceptowaniu zapisów do gry) umieścisz w tym dziale gotowe opowiadanie. Załóż w tym celu <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">osobny temat</span>. Opowiadanie również musi zostać zaakceptowane przez administrację - jeśli nie będzie co do niego żadnych uwag, to od razu otrzymasz odpowiedni tytuł oraz punkty doświadczenia za niego przysługujące. <br />
Opowiadanie liczy się również do puli postów fabularnych napisanych w danym miesiącu, co może mieć znaczenie przy sporządzaniu <a href="https://pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=990" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Listy aktywnych</a>.<br />
<br />
Szczegółowe informacje odnośnie opowiadań znajdziesz odpowiednio w tematach <a href="https://pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2619" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Medycy i znachorzy</a> i <a href="https://pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=248" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Duchy, szamani i zaklinacze</a>.<br />
<br />
Jeśli po napisaniu opowiadania i zdobyciu tytułu Twoja postać przeprowadziła już kilka akcji fabularnych związanych ze swoją medyczną czy szamańską profesją, to możesz domagać się awansu na "pełnego" Medyka/Znachora/Szamana/Zaklinacza. W tym celu umieść w swoim temacie z opowiadaniem posta z linkami do swoich akcji fabularnych, a administracja na ich podstawie oceni, czy zasłużyłeś już na awans.<br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Formularz:</span><br />
<div class="codeblock"><div class="title">Kod:</div><div class="body" dir="ltr"><code>[b]Tytuł, który chcę zdobyć:[/b]<br />
[b]Proponowany temat:[/b]</code></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>