<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Król Lew PBF - Inne]]></title>
		<link>//pbf.krollew.pl/</link>
		<description><![CDATA[Król Lew PBF - //pbf.krollew.pl]]></description>
		<pubDate>Thu, 30 Apr 2026 11:09:57 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Kaczkowy kącik animu]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2941</link>
			<pubDate>Thu, 19 Apr 2018 16:10:00 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2941</guid>
			<description><![CDATA[A to miejsce będzie kaczkowym kącikiem pierdaczenia o wszelakich animu. Zakładam z czasem się będzie jakoś rozwijać w dziwnych kierunkach ale póki co pytanie.<br />
<br />
Co oglądać poza SAO w tym sezonie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[A to miejsce będzie kaczkowym kącikiem pierdaczenia o wszelakich animu. Zakładam z czasem się będzie jakoś rozwijać w dziwnych kierunkach ale póki co pytanie.<br />
<br />
Co oglądać poza SAO w tym sezonie?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Przygoda w Paryżu]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2811</link>
			<pubDate>Mon, 08 Jan 2018 17:58:11 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2811</guid>
			<description><![CDATA[To i ja dołożę swoją pseudo-recenzjową cegiełkę na tym forum :v Opowiem wam pokrótce o Przygodzie w Paryżu, tudzież jak to jest po angielsku i francusku - o Potworze w Paryżuy (jak dla mnie beznadziejne tłumaczenie i w ogóle niepotrzebne). <br />
<br />
Zacznę od podstaw. Przygoda w Paryżu to film Bibo Bergerona, znanego z Rybek z Ferajny czy Drogi do Eldorado (i chyba Wszystkie psy idą do nieba 2, aczkolwiek internet wiele na ten temat nie mówi, więc no, pewnie miał tylko w tym udział). Nakręcony został w 2011 roku, czyli w tym samym czasie co Rio, Kung Fu Panda 2, Happy Feet 2 czy Auta 2, więc od razu jak się domyślacie - film nie był zbyt popularny. <br />
Od strony technicznej film nie ma zastrzeżeń, bo ja jako widz uważny nie zauważyłem jakiś wpadek. Animacja jak animacja, nie jest jakaś wyszukana, tak samo kolory czy kompozycje (czasami jednak odnosiłem wrażenie, że bohaterowie kręcą się w kółko w miejscu, a też tych miejsc akcji nie było nie wiadomo jak ile). Ładnie się prezentuje główna bohaterka i Emile, reszta wygląda troszkę jak kopiuj wklej z innych animacji. No i mamy jeszcze super małpkę, daję propsy za małpkę. Muzyka, chociaż nie ma jej wiele, to jest jednak strasznie chwytliwa i chyba główny utwór La Seine był tym, który zwrócił moją uwagę na tę bajkę. <br />
Teraz troszkę akcji. Mamy czwórkę głównych bohaterów -  Raoula, mistrza kierownicy, dostawcę jedzenia, ulicznego cassanovę i miłośnika swojego wehikułu, który zawiera kilka nowinek technologicznych, czyli jak na tamte czasy niedziałających wynalazków :v. Emile'a - fana filmu, knypka zajmującego się puszczaniem własnych dzieł w kinie, podkochującego się we własnej kasjerce (yafud), ale jest jak kwejkowy stulejarz, do kobiety nie podejdzie, bo się wstydzi (<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">pedał</span>). Lucille - śpiewaczkę sceniczną, w dodatku zgrabną i ładną. I jeszcze niegłupią, obdarowaną jakąś wrażliwością do świata. No i mamy Francoeur'a, o którym za chwilę. <br />
Historia zaczyna się niewinnie, Emile jak codzień puszcza fantazje o swojej kasjerce, zgarnia go Raoul, który rozwozi towar po Paryżu. Emile po drodze kupuje nową kamerę, bo yolo, przecież go stać. Raoul zabiera Emile'a na wycieczkę do profesora botaniki (i jakiegoś psychopatę na punkcie kodu genetycznego), kiedy ten jest nieobecny na konferencji. Wchodzą do ogromnego budynku, a naprzeciw ich wtargnieciu wychodzi małpa, któa opiekuje się budynkiem pod nieobecność profesora. Ale co może małpa (i to w dodatku inteligentna, prawie jak człowiek, tyle, że nie umie mówić, więc pisze wszystko na kartkach)? No właśnie. Raoul bawi się w szalonego naukowca i przez przypadek miesza dwa eliksiry niewiadomego pochodzenia. Wybucha magiczny obłok, z którego chwilę później napada na naszą dwójkę jakiś potwór, co Emile uchwycił na zdjęciu. <br />
Niewiele później rozpoczyna się dramatyczna walka z ów stworem, który napada na przechodniów w ich domach. Do akcji wkracza prefekt policji - i od samego początku poznajemy jego życiowe decyzje. Łapie Emile i Raoul'a, ale zamiast ich ukarać za rozwalenie profesorowi jego lokum, chce ich wynająć do namierzenia bestii. I nie po to by pomóc ludziom, ale żeby nagłośnić sprawę jak to policja jest ważna dla ludu i wiecie, dawać hajs za pełnienie tak ważnej funkcji społecznej. <br />
Sytuacja się komplikuje, kiedy na naszego potwora trafia Lucille. Chociaż nie jest zachwycona, to odkrywa, że potwór jest fascynatem muzyki (i również jej, jak się domyślacie). Ta nadaje mu w deszczu imię Francoeur (szlachetne serce?) i ubiera go jak ludzia. Tutaj się zaraz dowiadujemy, że Francoeur jest gigantyczną pchłą (dlatego uważam, że ten rzekomy profesor botaniki to jakiś psychopata) o niesamowitym talencie do nauki. <br />
<br />
Reszta, jak się domyślacie, to walka między skorumpowanym prefektem policji, a resztą ferajny. <br />
<br />
<br />
Ogólnie, nie uważam film za zły. Muzyka szybko wpada w ucho, ani razu nie przewinąłem, a akcja... no cóż, akcja jest jak w bajkach: mamy tego dobrego, tego złego i kogoś, komu trzeba pomóc w życiu i dramatyczny zwrot akcji w którym ten zły prawie dopada ofiarę, ale w ostatniej chwili dostaje guza mózgu i przegrywa. I oprócz tego puentę, że żyć to ma prawo każdy, tym bardziej, jeśli chce żyć w zgodzie z innymi. I, że nie należy odrzucać kogoś tylko i wyłącznie dlatego, że jest ogromną paskudą :v Ja daję tej animacji takie solidne 4/10 (aczkolwiek nie zniechęcajcie się moją oceną, ja jestem w pytkę surowy).<br />
<br />
<br />
Dzięki za przeczytanie, polecam się na przyszłość :v]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[To i ja dołożę swoją pseudo-recenzjową cegiełkę na tym forum :v Opowiem wam pokrótce o Przygodzie w Paryżu, tudzież jak to jest po angielsku i francusku - o Potworze w Paryżuy (jak dla mnie beznadziejne tłumaczenie i w ogóle niepotrzebne). <br />
<br />
Zacznę od podstaw. Przygoda w Paryżu to film Bibo Bergerona, znanego z Rybek z Ferajny czy Drogi do Eldorado (i chyba Wszystkie psy idą do nieba 2, aczkolwiek internet wiele na ten temat nie mówi, więc no, pewnie miał tylko w tym udział). Nakręcony został w 2011 roku, czyli w tym samym czasie co Rio, Kung Fu Panda 2, Happy Feet 2 czy Auta 2, więc od razu jak się domyślacie - film nie był zbyt popularny. <br />
Od strony technicznej film nie ma zastrzeżeń, bo ja jako widz uważny nie zauważyłem jakiś wpadek. Animacja jak animacja, nie jest jakaś wyszukana, tak samo kolory czy kompozycje (czasami jednak odnosiłem wrażenie, że bohaterowie kręcą się w kółko w miejscu, a też tych miejsc akcji nie było nie wiadomo jak ile). Ładnie się prezentuje główna bohaterka i Emile, reszta wygląda troszkę jak kopiuj wklej z innych animacji. No i mamy jeszcze super małpkę, daję propsy za małpkę. Muzyka, chociaż nie ma jej wiele, to jest jednak strasznie chwytliwa i chyba główny utwór La Seine był tym, który zwrócił moją uwagę na tę bajkę. <br />
Teraz troszkę akcji. Mamy czwórkę głównych bohaterów -  Raoula, mistrza kierownicy, dostawcę jedzenia, ulicznego cassanovę i miłośnika swojego wehikułu, który zawiera kilka nowinek technologicznych, czyli jak na tamte czasy niedziałających wynalazków :v. Emile'a - fana filmu, knypka zajmującego się puszczaniem własnych dzieł w kinie, podkochującego się we własnej kasjerce (yafud), ale jest jak kwejkowy stulejarz, do kobiety nie podejdzie, bo się wstydzi (<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">pedał</span>). Lucille - śpiewaczkę sceniczną, w dodatku zgrabną i ładną. I jeszcze niegłupią, obdarowaną jakąś wrażliwością do świata. No i mamy Francoeur'a, o którym za chwilę. <br />
Historia zaczyna się niewinnie, Emile jak codzień puszcza fantazje o swojej kasjerce, zgarnia go Raoul, który rozwozi towar po Paryżu. Emile po drodze kupuje nową kamerę, bo yolo, przecież go stać. Raoul zabiera Emile'a na wycieczkę do profesora botaniki (i jakiegoś psychopatę na punkcie kodu genetycznego), kiedy ten jest nieobecny na konferencji. Wchodzą do ogromnego budynku, a naprzeciw ich wtargnieciu wychodzi małpa, któa opiekuje się budynkiem pod nieobecność profesora. Ale co może małpa (i to w dodatku inteligentna, prawie jak człowiek, tyle, że nie umie mówić, więc pisze wszystko na kartkach)? No właśnie. Raoul bawi się w szalonego naukowca i przez przypadek miesza dwa eliksiry niewiadomego pochodzenia. Wybucha magiczny obłok, z którego chwilę później napada na naszą dwójkę jakiś potwór, co Emile uchwycił na zdjęciu. <br />
Niewiele później rozpoczyna się dramatyczna walka z ów stworem, który napada na przechodniów w ich domach. Do akcji wkracza prefekt policji - i od samego początku poznajemy jego życiowe decyzje. Łapie Emile i Raoul'a, ale zamiast ich ukarać za rozwalenie profesorowi jego lokum, chce ich wynająć do namierzenia bestii. I nie po to by pomóc ludziom, ale żeby nagłośnić sprawę jak to policja jest ważna dla ludu i wiecie, dawać hajs za pełnienie tak ważnej funkcji społecznej. <br />
Sytuacja się komplikuje, kiedy na naszego potwora trafia Lucille. Chociaż nie jest zachwycona, to odkrywa, że potwór jest fascynatem muzyki (i również jej, jak się domyślacie). Ta nadaje mu w deszczu imię Francoeur (szlachetne serce?) i ubiera go jak ludzia. Tutaj się zaraz dowiadujemy, że Francoeur jest gigantyczną pchłą (dlatego uważam, że ten rzekomy profesor botaniki to jakiś psychopata) o niesamowitym talencie do nauki. <br />
<br />
Reszta, jak się domyślacie, to walka między skorumpowanym prefektem policji, a resztą ferajny. <br />
<br />
<br />
Ogólnie, nie uważam film za zły. Muzyka szybko wpada w ucho, ani razu nie przewinąłem, a akcja... no cóż, akcja jest jak w bajkach: mamy tego dobrego, tego złego i kogoś, komu trzeba pomóc w życiu i dramatyczny zwrot akcji w którym ten zły prawie dopada ofiarę, ale w ostatniej chwili dostaje guza mózgu i przegrywa. I oprócz tego puentę, że żyć to ma prawo każdy, tym bardziej, jeśli chce żyć w zgodzie z innymi. I, że nie należy odrzucać kogoś tylko i wyłącznie dlatego, że jest ogromną paskudą :v Ja daję tej animacji takie solidne 4/10 (aczkolwiek nie zniechęcajcie się moją oceną, ja jestem w pytkę surowy).<br />
<br />
<br />
Dzięki za przeczytanie, polecam się na przyszłość :v]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pradawny ląd]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2620</link>
			<pubDate>Thu, 03 Aug 2017 10:34:15 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2620</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://scontent-ams3-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-0/s480x480/18157514_1451262124937829_4327949781664647915_n.jpg?oh=3aae3264005e2d5eb54ce2c80567a89a&amp;oe=598DCA46" alt="[Obrazek: 18157514_1451262124937829_43279497816646...e=598DCA46]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Swego czasu napisałam recenzję, więc nie zaszkodzi, jak ją i tutaj wrzucę, a nuż znajdę kogoś do dyskusji. :v<br />
<br />
Zacznę kontrowersyjnie: uważam, że „Pradawny ląd” („The Land Before Time”) to jedna z najbardziej przecenianych animacji. Nie bardzo rozumiem, skąd wziął się jej fenomen.<br />
Może zacznijmy od tego, że od dziecka jestem miłośniczką dinozaurów i podobał mi się zarówno disneyowski „Dinozaur” z 2000 r., jak i powszechnie dość kiepsko przyjęty, recenzowany tu niegdyś przeze mnie pixarowski „Dobry dinozaur” z 2015 r. Byłam też dumną posiadaczką książeczki z „Pradawnego lądu”, ale muszę przyznać, co już mogliście zdążyć wywnioskować, że sama animacja mi się nie podobała. Animacja ta została wypuszczona w 1988 r. i jest to jeden z popularniejszych tytułów Dona Blutha, znanego również z takich filmów jak „Anastazja” (nagminnie, a zupełnie mylnie brana za film Disneya :&lt;), „Wszystkie psy idą do nieba”, „Amerykańska opowieść” czy „Dzielna pani Brisby”. Wszystkie te animacje były, moim zdaniem, w większości bardzo dobre, a co najmniej dobre (może o "Anastazji" mam trochę gorsze zdanie niż o pozostałych, ale to właśnie przez to przesadne podobieństwo do filmu Disneya, mimo że reżyser wcześniej udowodnił, że potrafi stworzyć coś własnego). Co jest więc nie tak w „Pradawnym lądzie”? Może zwyczajnie miałam wobec niego zbyt wysokie oczekiwania? Hm...<br />
Zacznijmy od samej fabuły, która, choć nie ma w sobie nic z wybitności, i tak jest jedną z mocniejszych stron filmu - m.in. dlatego, że jest ona inspirowana disneyowskim „Bambim”. Podobnie jak w przypadku filmu o sympatycznym jelonku (a także w późniejszym "Królu Lwie", którego twórcy wcale nie kryli, że to miał być „Bambi w Afryce”), także i tutaj pierwszą scenę stanowią narodziny głównego bohatera, którym w tym przypadku jest apatozaur imieniem Littlefoot (Liliput). Poza tym mamy tu roślinożerne dinozaury różnych gatunków, które, wymęczone długotrwałą suszą i szaroburymi krajobrazami, zmierzają ku jednemu celowi - miodem i mlekiem płynącej Wielkiej Dolinie, która ma być istnym rajem: wszędzie pełno roślinności, a żadnych drapieżników. Poznajemy też bezimienną mamę Littlefoota, która opowiada mu o tym, jak wspaniałe życie będą wiedli, kiedy już zakończą trwającą cały film męczącą wędrówkę. Dzięki nieudanej próbie zabawy Littlfoota z jego rówieśniczką Cerą dowiadujemy się też, że triceratopsy, bo takiego właśnie jest ona gatunku, nie zadają się z apatozaurami (nazywanymi „longnecks”) i w ogóle w całym tym uniwersum nie istnieją żadne pozytywne interakcje między różnymi gatunkami roślinożerców.<br />
Schody zaczynają się w momencie, w którym [bardzo oczywisty TROCHĘ SPOILER] w ataku drapieżnego dinozaura ginie matka Littlefoota. Widzimy smutną scenę przy ciele matki, znów rodem z „Bambiego”, przy czym jest ona bardzo krótka i dlatego – w moi odczuciu – nie wzbudza ona tych emocji, które w założeniu wywoływać powinna. Duch matki darowuje mu jeszcze liść w kształcie gwiazdy, który ma motywować go do kontynuowania podróży.[/TROCHĘ SPOILER]<br />
Zaraz potem mamy do czynienia z trzęsieniem ziemi, a właściwie rozpadem kontynentów, który rozdziela rodziny. Liliput trafia na jeden „kawałek” z Cerą i proponuje jej wspólną wędrówkę w poszukiwaniu Wielkiej Doliny, jednak ta nie chce się na to zgodzić, bo przecież nie będzie zadawać się z innym gatunkiem! Później okazuje się, że jednak raz po raz natrafia ona na Liliputa, przez co przez całą resztę filmu jesteśmy zmuszeni znosić jej dąsy oraz chamskie odzywki i zachowania. Trudno o bardziej irytującą postać.<br />
Och, właśnie, postacie! Littlefoot, oczywiście, nie wędruje sam – natrafia na gadatliwą Ducky o kaczym dziobie (kto by pomyślał), bojącego się latać pterodaktyla Petriego i Spike’a, który nie tylko nosi imię jak dla psa, ale też zachowuje się jak typowy kundelek. Nienawidzę motywu polegającego na tym, że postać, która w założeniu powinna być równa innym postaciom, traktowana jest jak zwierzątko domowe. Jak mam na niego patrzeć? Jak na upośledzonego? Nie wiem.<br />
Droga do Wielkiej Doliny nie jest łatwa, bo choć dzięki matce Littlefoot zna drogę, to nie jest ona taka prosta, a i z towarzyszami ma trochę problemów, i jeszcze pewien drapieżny dinozaur usiłuje ich upolować (a oni jego, co z mojej perspektywy jest idiotycznym i strasznie naiwnym wątkiem).<br />
Co najbardziej mi nie leży w tym filmie? Właśnie te główne postacie. Są płaskie, definiowane jedną czy dwoma cechami charakteru, denerwują mnie i przez to nijak nie potrafię życzyć im dobrze. Może to tylko moje odczucia, ale naprawdę nie wyobrażam sobie związania się emocjonalnie z tymi postaciami. Fabuła jest dosyć przewidywalna, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, jako że to jednak produkcja stworzona typowo pod dzieci.<br />
Nie urzeka mnie też sam ponury klimat, podkreślany brakiem żywych barw. Postacie ciągle zderzają się z przeciwnościami, co jest męczące dla widza. Z kolei humor jest ograniczony do minimum i nie stoi na zbyt wysokim poziomie – ale trudno, żeby tak było, skoro same dialogi są skonstruowane dosyć kiepsko.<br />
Poza tym, rażą mnie co poniektóre elementy graficzne. O ile tła i dorosłe postacie są naprawdę miłe dla oka (i są, moim zdaniem, najmocniejszym elementem całej tej animacji), to już na naszych głównych bohaterów, niestety, nie jestem w stanie patrzeć. Nie wiem, jak można to było tak sknocić.<br />
Nie zapamiętałam wiele z muzyki, acz cieszy mnie bardzo, że nie usłyszymy tu ani jednej piosenki. Skoro dialogi są liche, to podkład muzyczny zapewne za wiele by tu nie pomógł.<br />
Aha, żeby nie było, że wszystko jest takie tragiczne - scena walki matki Liliputa z drapieżnikiem jest całkiem miła dla oka. Ogólnie sama animacja jest okej.<br />
Oryginalny dubbing też jest w porządku, nie przeszkadzał mi w żaden sposób, a polskiego nie ocenię, bo polską wersję oglądałam wieki temu i nic z niej nie pamiętam.<br />
„Pradawny ląd” doczekał się również serialu i trzynastu sequeli, ostatniego z 2016 r. (!) Ponoć są one produkowane taśmowo, bez polotu, postacie wcale się nie rozwijają i, o zgrozo, śpiewają. Ta teza wydaje mi się prawdopodobna, acz ja nie jestem w stanie tej tezy potwierdzić, bo oszczędziłam sobie przyjemności zapoznawania się z nimi.<br />
Podsumowując, na przekór wszystkim laurkom kierowanym pod adresem tej produkcji, ja jednak stoję po stronie jej przeciwników. Kocham dinozaury całym sercem, ale „Pradawny ląd” nie dał mi tych odczuć, których się spodziewałam, choć nie wykluczam, że może to być zwyczajnie produkcja kierowana wyłącznie do dzieci i stąd mój zawód, jako że oczekiwałam czegoś uniwersalnego.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://scontent-ams3-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-0/s480x480/18157514_1451262124937829_4327949781664647915_n.jpg?oh=3aae3264005e2d5eb54ce2c80567a89a&amp;oe=598DCA46" alt="[Obrazek: 18157514_1451262124937829_43279497816646...e=598DCA46]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Swego czasu napisałam recenzję, więc nie zaszkodzi, jak ją i tutaj wrzucę, a nuż znajdę kogoś do dyskusji. :v<br />
<br />
Zacznę kontrowersyjnie: uważam, że „Pradawny ląd” („The Land Before Time”) to jedna z najbardziej przecenianych animacji. Nie bardzo rozumiem, skąd wziął się jej fenomen.<br />
Może zacznijmy od tego, że od dziecka jestem miłośniczką dinozaurów i podobał mi się zarówno disneyowski „Dinozaur” z 2000 r., jak i powszechnie dość kiepsko przyjęty, recenzowany tu niegdyś przeze mnie pixarowski „Dobry dinozaur” z 2015 r. Byłam też dumną posiadaczką książeczki z „Pradawnego lądu”, ale muszę przyznać, co już mogliście zdążyć wywnioskować, że sama animacja mi się nie podobała. Animacja ta została wypuszczona w 1988 r. i jest to jeden z popularniejszych tytułów Dona Blutha, znanego również z takich filmów jak „Anastazja” (nagminnie, a zupełnie mylnie brana za film Disneya :&lt;), „Wszystkie psy idą do nieba”, „Amerykańska opowieść” czy „Dzielna pani Brisby”. Wszystkie te animacje były, moim zdaniem, w większości bardzo dobre, a co najmniej dobre (może o "Anastazji" mam trochę gorsze zdanie niż o pozostałych, ale to właśnie przez to przesadne podobieństwo do filmu Disneya, mimo że reżyser wcześniej udowodnił, że potrafi stworzyć coś własnego). Co jest więc nie tak w „Pradawnym lądzie”? Może zwyczajnie miałam wobec niego zbyt wysokie oczekiwania? Hm...<br />
Zacznijmy od samej fabuły, która, choć nie ma w sobie nic z wybitności, i tak jest jedną z mocniejszych stron filmu - m.in. dlatego, że jest ona inspirowana disneyowskim „Bambim”. Podobnie jak w przypadku filmu o sympatycznym jelonku (a także w późniejszym "Królu Lwie", którego twórcy wcale nie kryli, że to miał być „Bambi w Afryce”), także i tutaj pierwszą scenę stanowią narodziny głównego bohatera, którym w tym przypadku jest apatozaur imieniem Littlefoot (Liliput). Poza tym mamy tu roślinożerne dinozaury różnych gatunków, które, wymęczone długotrwałą suszą i szaroburymi krajobrazami, zmierzają ku jednemu celowi - miodem i mlekiem płynącej Wielkiej Dolinie, która ma być istnym rajem: wszędzie pełno roślinności, a żadnych drapieżników. Poznajemy też bezimienną mamę Littlefoota, która opowiada mu o tym, jak wspaniałe życie będą wiedli, kiedy już zakończą trwającą cały film męczącą wędrówkę. Dzięki nieudanej próbie zabawy Littlfoota z jego rówieśniczką Cerą dowiadujemy się też, że triceratopsy, bo takiego właśnie jest ona gatunku, nie zadają się z apatozaurami (nazywanymi „longnecks”) i w ogóle w całym tym uniwersum nie istnieją żadne pozytywne interakcje między różnymi gatunkami roślinożerców.<br />
Schody zaczynają się w momencie, w którym [bardzo oczywisty TROCHĘ SPOILER] w ataku drapieżnego dinozaura ginie matka Littlefoota. Widzimy smutną scenę przy ciele matki, znów rodem z „Bambiego”, przy czym jest ona bardzo krótka i dlatego – w moi odczuciu – nie wzbudza ona tych emocji, które w założeniu wywoływać powinna. Duch matki darowuje mu jeszcze liść w kształcie gwiazdy, który ma motywować go do kontynuowania podróży.[/TROCHĘ SPOILER]<br />
Zaraz potem mamy do czynienia z trzęsieniem ziemi, a właściwie rozpadem kontynentów, który rozdziela rodziny. Liliput trafia na jeden „kawałek” z Cerą i proponuje jej wspólną wędrówkę w poszukiwaniu Wielkiej Doliny, jednak ta nie chce się na to zgodzić, bo przecież nie będzie zadawać się z innym gatunkiem! Później okazuje się, że jednak raz po raz natrafia ona na Liliputa, przez co przez całą resztę filmu jesteśmy zmuszeni znosić jej dąsy oraz chamskie odzywki i zachowania. Trudno o bardziej irytującą postać.<br />
Och, właśnie, postacie! Littlefoot, oczywiście, nie wędruje sam – natrafia na gadatliwą Ducky o kaczym dziobie (kto by pomyślał), bojącego się latać pterodaktyla Petriego i Spike’a, który nie tylko nosi imię jak dla psa, ale też zachowuje się jak typowy kundelek. Nienawidzę motywu polegającego na tym, że postać, która w założeniu powinna być równa innym postaciom, traktowana jest jak zwierzątko domowe. Jak mam na niego patrzeć? Jak na upośledzonego? Nie wiem.<br />
Droga do Wielkiej Doliny nie jest łatwa, bo choć dzięki matce Littlefoot zna drogę, to nie jest ona taka prosta, a i z towarzyszami ma trochę problemów, i jeszcze pewien drapieżny dinozaur usiłuje ich upolować (a oni jego, co z mojej perspektywy jest idiotycznym i strasznie naiwnym wątkiem).<br />
Co najbardziej mi nie leży w tym filmie? Właśnie te główne postacie. Są płaskie, definiowane jedną czy dwoma cechami charakteru, denerwują mnie i przez to nijak nie potrafię życzyć im dobrze. Może to tylko moje odczucia, ale naprawdę nie wyobrażam sobie związania się emocjonalnie z tymi postaciami. Fabuła jest dosyć przewidywalna, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, jako że to jednak produkcja stworzona typowo pod dzieci.<br />
Nie urzeka mnie też sam ponury klimat, podkreślany brakiem żywych barw. Postacie ciągle zderzają się z przeciwnościami, co jest męczące dla widza. Z kolei humor jest ograniczony do minimum i nie stoi na zbyt wysokim poziomie – ale trudno, żeby tak było, skoro same dialogi są skonstruowane dosyć kiepsko.<br />
Poza tym, rażą mnie co poniektóre elementy graficzne. O ile tła i dorosłe postacie są naprawdę miłe dla oka (i są, moim zdaniem, najmocniejszym elementem całej tej animacji), to już na naszych głównych bohaterów, niestety, nie jestem w stanie patrzeć. Nie wiem, jak można to było tak sknocić.<br />
Nie zapamiętałam wiele z muzyki, acz cieszy mnie bardzo, że nie usłyszymy tu ani jednej piosenki. Skoro dialogi są liche, to podkład muzyczny zapewne za wiele by tu nie pomógł.<br />
Aha, żeby nie było, że wszystko jest takie tragiczne - scena walki matki Liliputa z drapieżnikiem jest całkiem miła dla oka. Ogólnie sama animacja jest okej.<br />
Oryginalny dubbing też jest w porządku, nie przeszkadzał mi w żaden sposób, a polskiego nie ocenię, bo polską wersję oglądałam wieki temu i nic z niej nie pamiętam.<br />
„Pradawny ląd” doczekał się również serialu i trzynastu sequeli, ostatniego z 2016 r. (!) Ponoć są one produkowane taśmowo, bez polotu, postacie wcale się nie rozwijają i, o zgrozo, śpiewają. Ta teza wydaje mi się prawdopodobna, acz ja nie jestem w stanie tej tezy potwierdzić, bo oszczędziłam sobie przyjemności zapoznawania się z nimi.<br />
Podsumowując, na przekór wszystkim laurkom kierowanym pod adresem tej produkcji, ja jednak stoję po stronie jej przeciwników. Kocham dinozaury całym sercem, ale „Pradawny ląd” nie dał mi tych odczuć, których się spodziewałam, choć nie wykluczam, że może to być zwyczajnie produkcja kierowana wyłącznie do dzieci i stąd mój zawód, jako że oczekiwałam czegoś uniwersalnego.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Felidae]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2089</link>
			<pubDate>Thu, 27 Oct 2016 23:21:19 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=2089</guid>
			<description><![CDATA[<div align="center"><img src="http://s016.radikal.ru/i336/1610/36/5e97cf7f6da4.png" alt="[Obrazek: 5e97cf7f6da4.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Jakiś czas temu napisałam recenzję tej animacji i postanowiłam się nią teraz podzielić także z wami, bo jestem ciekawa, ilu z was oglądało <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Felidae </span>i co o nim sądzicie.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Felidae</span> to niespełna półtoragodzinny twór niemieckiego reżysera przypisywany do gatunku noir, będący adaptacją powieści niemieckiego pisarza tureckiego pochodzenia. Powstał w 1994 r. i został wówczas najdroższym niemieckim filmem animowanym. Jego produkcja pochłonęła 15 milionów marek niemieckich, co w tamtym czasie przeliczało się na nieco ponad 9 milionów dolarów; dla porównania, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Król lew</span> z tego samego roku pochłonął 45 milionów dolarów. Mimo że przy wielkich studiach budżet <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Felidae </span>nie prezentuje się zbyt okazale, to rzeczywiście wiać, że nie jest to film robiony po taniości. Animacja jest płynna, tła też wyglądają całkiem przyjemnie.<br />
Dobrze, ale o co chodzi? Mamy tu kota imieniem Francis, który wprowadza się wraz ze swoim panem do nowego sąsiedztwa. O właścicielu nie wiemy wiele poza tym, że jest egiptologiem, który nie może znaleźć pracy i z tego powodu zarabia na życie pisaniem erotyków do tanich magazynów. Z kolei jego zwierzak, a nasz główny bohater, wraz z nowym znajomym, maine coonem Bluebeardem, próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw. Ofiarami są, oczywiście, inne koty, których poszarpane ciała nie są takim rzadkim widokiem. Choćby po tym można się zorientować, że to produkcja dla dorosłych. Obrazu dopełniają też ostry język (w oryginale ponoć ostrzejszy niż w wersji angielskiej), wątek sekty, sceny seksu, brutalnych walk, wiwisekcji czy innych eksperymentów, podczas których również można naprzyglądać się kocim wnętrznościom. Niektórzy utrzymują, że fabuła musiała być inspirowana Holokaustem i rzeczywiście coś w tym jest. Rasizm jest tu na porządku dziennym.<br />
Występuje narracja pierwszoosobowa ze strony Francisa, którego komentarze niekiedy rozluźniały ciężki klimat opowieści, jak choćby ten, towarzyszący scenie obserwacji samobójczego obrzędu sekty: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">what I was watching wasn't exacly a scene out of The Aristocats</span>.<br />
Wypada też wspomnieć o nawiązaniach do mitologii starożytnego Egiptu i surrealistycznych snach naszego głównego bohatera, które naprowadzają go na rozwiązanie tajemnicy. Gdyby zaś nakręcić oddzielny film w stylu koszmarów Francisa, to zapewne wyszedłby z tego dziwaczny horror nieznośny dla większości ludzi.<br />
Należy przyznać, że twórcy postarali się w kwestii kocich designów - każdy ma swoje charakterystyczne cechy, choćby szczegóły umaszczenia, ale niektóre z nich wyróżniają się też sylwetką, brakiem oka czy ogona. Ba, "złe" koty są tak ogromne i zniekształcone, że przywodzą raczej na myśl lwy. Muzyka nie zwraca wielkiej uwagi, ale odpowiednio podkreśla klimat.<br />
To zdecydowanie nie jest film, który mógłby udawać animację Disneya: koty, pomimo całej swojej inteligencji, wciąż miauczą, znaczą teren, polują na szczury i je zjadają czy czują pociąg do obcych kotek w rui.<br />
Podobno film jest dość bliski książce, ale nie mogę tego potwierdzić, bo nie miałam z nią do czynienia, mimo że, w przeciwieństwie do filmu, ta jest dostępna w języku polskim.<br />
Najważniejsze pytanie: czy polecam? Szczerze mówiąc, nie wiem. Na mnie nie zrobił ogromnego wrażenia, bo pomimo całej tej brutalności film był nieco zbyt zawiły, a momentami po prostu nudny. Nie ma wielkich wad, ale uważam, że zachwyty nad nim, na które można natrafić w internecie, są mocno przesadzone. Jest wiele animacji, które mają o wiele więcej do zaoferowania niż <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Feliade</span>, które nie stawia na rozwój bohaterów czy relacji między nimi, a tylko na rozwiązywanie jednej zagadki i szokowanie obrazem. Skoro jednak ten film ma tak wielu fanów, to chyba warto się z nim zapoznać, by samemu się przekonać, czy styl tej opowieści, porównywany z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">The Plague Dogs</span> czy <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Watership Down</span> (ja jeszcze nie oglądałam tych dwóch, ale powoli się przymierzam), przypadnie wam do gustu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div align="center"><img src="http://s016.radikal.ru/i336/1610/36/5e97cf7f6da4.png" alt="[Obrazek: 5e97cf7f6da4.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Jakiś czas temu napisałam recenzję tej animacji i postanowiłam się nią teraz podzielić także z wami, bo jestem ciekawa, ilu z was oglądało <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Felidae </span>i co o nim sądzicie.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Felidae</span> to niespełna półtoragodzinny twór niemieckiego reżysera przypisywany do gatunku noir, będący adaptacją powieści niemieckiego pisarza tureckiego pochodzenia. Powstał w 1994 r. i został wówczas najdroższym niemieckim filmem animowanym. Jego produkcja pochłonęła 15 milionów marek niemieckich, co w tamtym czasie przeliczało się na nieco ponad 9 milionów dolarów; dla porównania, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Król lew</span> z tego samego roku pochłonął 45 milionów dolarów. Mimo że przy wielkich studiach budżet <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Felidae </span>nie prezentuje się zbyt okazale, to rzeczywiście wiać, że nie jest to film robiony po taniości. Animacja jest płynna, tła też wyglądają całkiem przyjemnie.<br />
Dobrze, ale o co chodzi? Mamy tu kota imieniem Francis, który wprowadza się wraz ze swoim panem do nowego sąsiedztwa. O właścicielu nie wiemy wiele poza tym, że jest egiptologiem, który nie może znaleźć pracy i z tego powodu zarabia na życie pisaniem erotyków do tanich magazynów. Z kolei jego zwierzak, a nasz główny bohater, wraz z nowym znajomym, maine coonem Bluebeardem, próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw. Ofiarami są, oczywiście, inne koty, których poszarpane ciała nie są takim rzadkim widokiem. Choćby po tym można się zorientować, że to produkcja dla dorosłych. Obrazu dopełniają też ostry język (w oryginale ponoć ostrzejszy niż w wersji angielskiej), wątek sekty, sceny seksu, brutalnych walk, wiwisekcji czy innych eksperymentów, podczas których również można naprzyglądać się kocim wnętrznościom. Niektórzy utrzymują, że fabuła musiała być inspirowana Holokaustem i rzeczywiście coś w tym jest. Rasizm jest tu na porządku dziennym.<br />
Występuje narracja pierwszoosobowa ze strony Francisa, którego komentarze niekiedy rozluźniały ciężki klimat opowieści, jak choćby ten, towarzyszący scenie obserwacji samobójczego obrzędu sekty: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">what I was watching wasn't exacly a scene out of The Aristocats</span>.<br />
Wypada też wspomnieć o nawiązaniach do mitologii starożytnego Egiptu i surrealistycznych snach naszego głównego bohatera, które naprowadzają go na rozwiązanie tajemnicy. Gdyby zaś nakręcić oddzielny film w stylu koszmarów Francisa, to zapewne wyszedłby z tego dziwaczny horror nieznośny dla większości ludzi.<br />
Należy przyznać, że twórcy postarali się w kwestii kocich designów - każdy ma swoje charakterystyczne cechy, choćby szczegóły umaszczenia, ale niektóre z nich wyróżniają się też sylwetką, brakiem oka czy ogona. Ba, "złe" koty są tak ogromne i zniekształcone, że przywodzą raczej na myśl lwy. Muzyka nie zwraca wielkiej uwagi, ale odpowiednio podkreśla klimat.<br />
To zdecydowanie nie jest film, który mógłby udawać animację Disneya: koty, pomimo całej swojej inteligencji, wciąż miauczą, znaczą teren, polują na szczury i je zjadają czy czują pociąg do obcych kotek w rui.<br />
Podobno film jest dość bliski książce, ale nie mogę tego potwierdzić, bo nie miałam z nią do czynienia, mimo że, w przeciwieństwie do filmu, ta jest dostępna w języku polskim.<br />
Najważniejsze pytanie: czy polecam? Szczerze mówiąc, nie wiem. Na mnie nie zrobił ogromnego wrażenia, bo pomimo całej tej brutalności film był nieco zbyt zawiły, a momentami po prostu nudny. Nie ma wielkich wad, ale uważam, że zachwyty nad nim, na które można natrafić w internecie, są mocno przesadzone. Jest wiele animacji, które mają o wiele więcej do zaoferowania niż <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Feliade</span>, które nie stawia na rozwój bohaterów czy relacji między nimi, a tylko na rozwiązywanie jednej zagadki i szokowanie obrazem. Skoro jednak ten film ma tak wielu fanów, to chyba warto się z nim zapoznać, by samemu się przekonać, czy styl tej opowieści, porównywany z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">The Plague Dogs</span> czy <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Watership Down</span> (ja jeszcze nie oglądałam tych dwóch, ale powoli się przymierzam), przypadnie wam do gustu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Mały Książę]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=1322</link>
			<pubDate>Thu, 06 Aug 2015 10:34:08 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=1322</guid>
			<description><![CDATA[Małego Księcia chyba wszyscy znają. Ciężko też nie słyszeć o nowym filmie, który właśnie wchodzi do kin i reklamy tego są wszędzie. Pokrótce jednak naświetlę - mała dziewczynka kierowana przez życie przez chore ambicje mamy spotyka ekscentrycznego staruszka. Gość jest nikim innym jak Pilotem, który spotkał kiedyś Małego Księcia. Teraz to on pokazuje dziewczynce magiczny świat jasnowłosego chłopca. <br />
 <br />
Bardzo rzadko chodzę do kina. Średnio raz na rok, częściej się nie zdarza. W moim przypadku (mieszkam w mniejszym mieście) wypad do kina to prawdziwa (i co tu dużo mówić - kosztowna) wyprawa. Ale gdy dowiedziałam się o tym filmie i zobaczyłam trailer - nie ma bata. Otarłam łzy i stwierdziłam jedno. Z miejsca poszło: IDĘ DO KINA. <br />
No i poszłam. Wczoraj. Trafiliśmy na pokaz przedpremierowy, i w dodatku w środę, gdy bilety są wyjątkowo tanie.  <br />
 <br />
O samym filmie mogę powiedzieć tylko jedno - magiczny. Mogłabym szukać innych epitetów, ale w moim odczuciu to właśnie ten, żaden inny nie pasuje i nie oddaje tego. Jestem kobietą, która mało wzrusza się na filmach. Gdy jest smutny moment, ciężko jest na sercu, taki nieprzyjemny ciężar gniecie. Ale nawet śmierć Mufasy obecnie mało mnie rusza. Jeśli już poleci łza, to pojedyncza. Tu czekała mnie niespodzianka. Nie mam pojęcia, ile czasu dokładnie zasalałam koszulkę swojego faceta i przecierałam oczy, ale było to parę kolejnych scen. Długo. I nie ja jedyna - obok nas siedziały dwie dziewczynki, które miały może z 8 lat i też chlipały, jak większość sali, złożonej głównie z dzieci. <br />
 <br />
Piękna historia, animacja też cudowna (i ta poklatkowa, zwłaszcza Lis &lt;3). Wzrusza i zmusza do myślenia - chyba bardziej dorosłych niż dzieci. Polecam każdemu. I ogromnie się cieszę, że to właśnie na ten film poszłam z drugą połówką po raz pierwszy do kina. Trochę to zabawne, że jakoś tak się składa, że gdy coś się u mnie ważnego w życiu dzieje, to właśnie ma to związek z tą książką. I oby tak pozostało. Tak właściwie, to chyba jedna z ważniejszych i bliskich memu sercu - aż dziw, że nie mam własnego egzemplarza, do którego mogłabym wracać. A co jakiś czas wracam, i za każdym razem inaczej człowiek rozumie ukryty przekaz. <br />
 <br />
Jeszcze tylko dodam od siebie jedno. Spotkałam się z opiniami, że po co film, że dzieci powinny przeczytać książkę, że czemu teraz wszystko musi być podane w opakowaniu itd. Przeczytałam książkę po raz pierwszy w wieku 8 lat. Babcia mi dała do czytania, aby zabić nudę. To była dla mnie bardzo dziwna bajka, nie zrozumiałam jej tak naprawdę. Po co jakiś chłopiec miałby chcieć baranka? I co on robił na pustyni? Podobne odczucia miała moja siostra, która do książki dorwała się, będąc w V klasie. Niby już dzieciak starszy, ale też nie rozumie tego ukrytego przekazu. Tak naprawdę książkę odkryłyśmy dopiero, gdy musiałyśmy ją przeczytać jako lektura szkolna. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Małego Księcia chyba wszyscy znają. Ciężko też nie słyszeć o nowym filmie, który właśnie wchodzi do kin i reklamy tego są wszędzie. Pokrótce jednak naświetlę - mała dziewczynka kierowana przez życie przez chore ambicje mamy spotyka ekscentrycznego staruszka. Gość jest nikim innym jak Pilotem, który spotkał kiedyś Małego Księcia. Teraz to on pokazuje dziewczynce magiczny świat jasnowłosego chłopca. <br />
 <br />
Bardzo rzadko chodzę do kina. Średnio raz na rok, częściej się nie zdarza. W moim przypadku (mieszkam w mniejszym mieście) wypad do kina to prawdziwa (i co tu dużo mówić - kosztowna) wyprawa. Ale gdy dowiedziałam się o tym filmie i zobaczyłam trailer - nie ma bata. Otarłam łzy i stwierdziłam jedno. Z miejsca poszło: IDĘ DO KINA. <br />
No i poszłam. Wczoraj. Trafiliśmy na pokaz przedpremierowy, i w dodatku w środę, gdy bilety są wyjątkowo tanie.  <br />
 <br />
O samym filmie mogę powiedzieć tylko jedno - magiczny. Mogłabym szukać innych epitetów, ale w moim odczuciu to właśnie ten, żaden inny nie pasuje i nie oddaje tego. Jestem kobietą, która mało wzrusza się na filmach. Gdy jest smutny moment, ciężko jest na sercu, taki nieprzyjemny ciężar gniecie. Ale nawet śmierć Mufasy obecnie mało mnie rusza. Jeśli już poleci łza, to pojedyncza. Tu czekała mnie niespodzianka. Nie mam pojęcia, ile czasu dokładnie zasalałam koszulkę swojego faceta i przecierałam oczy, ale było to parę kolejnych scen. Długo. I nie ja jedyna - obok nas siedziały dwie dziewczynki, które miały może z 8 lat i też chlipały, jak większość sali, złożonej głównie z dzieci. <br />
 <br />
Piękna historia, animacja też cudowna (i ta poklatkowa, zwłaszcza Lis &lt;3). Wzrusza i zmusza do myślenia - chyba bardziej dorosłych niż dzieci. Polecam każdemu. I ogromnie się cieszę, że to właśnie na ten film poszłam z drugą połówką po raz pierwszy do kina. Trochę to zabawne, że jakoś tak się składa, że gdy coś się u mnie ważnego w życiu dzieje, to właśnie ma to związek z tą książką. I oby tak pozostało. Tak właściwie, to chyba jedna z ważniejszych i bliskich memu sercu - aż dziw, że nie mam własnego egzemplarza, do którego mogłabym wracać. A co jakiś czas wracam, i za każdym razem inaczej człowiek rozumie ukryty przekaz. <br />
 <br />
Jeszcze tylko dodam od siebie jedno. Spotkałam się z opiniami, że po co film, że dzieci powinny przeczytać książkę, że czemu teraz wszystko musi być podane w opakowaniu itd. Przeczytałam książkę po raz pierwszy w wieku 8 lat. Babcia mi dała do czytania, aby zabić nudę. To była dla mnie bardzo dziwna bajka, nie zrozumiałam jej tak naprawdę. Po co jakiś chłopiec miałby chcieć baranka? I co on robił na pustyni? Podobne odczucia miała moja siostra, która do książki dorwała się, będąc w V klasie. Niby już dzieciak starszy, ale też nie rozumie tego ukrytego przekazu. Tak naprawdę książkę odkryłyśmy dopiero, gdy musiałyśmy ją przeczytać jako lektura szkolna. ]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Ruchomy Zamek Hauru]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=1192</link>
			<pubDate>Sun, 24 May 2015 18:03:27 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=1192</guid>
			<description><![CDATA[Nie wiem czemu, ale ten film jest po prostu najpiękniejszym filmem jaki kiedykolwiek widziałam. Wszystko w nim jest zachwycające. I pierwszy raz mi się zdarza, że uważam, iż film jest dużo lepszy niż książka. Uwielbiam do. &lt;3 A Wy oglądaliście, jak wrażenia?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie wiem czemu, ale ten film jest po prostu najpiękniejszym filmem jaki kiedykolwiek widziałam. Wszystko w nim jest zachwycające. I pierwszy raz mi się zdarza, że uważam, iż film jest dużo lepszy niż książka. Uwielbiam do. &lt;3 A Wy oglądaliście, jak wrażenia?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Anastasia]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=946</link>
			<pubDate>Sat, 08 Feb 2014 22:48:48 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=946</guid>
			<description><![CDATA[Chyba jedna z bardziej znanych animowanych bajek niebędących dziełami Disneya i DreamWorks. Wyprodukowana przez 20th Century Fox. <br />
 <br />
Historia czerpie z prawdziwych wydarzeń, opowiada o sierocie Anyi, która okazuje się być ocalałą Anastazją Nikołajeczówną Romanową, rzekomo ocalałą podczas mordu na rodzinie carskiej w czasie rewolucji październikowej. Niemniej, że to bajka dla dzieci - przekłamania muszą być, carska rodzina przeżywa. :)  <br />
Akcja zaczyna się w czasie rewolucji lutowej, gdzie Anya zostaje oddzielona przypadkowo od swojej rodziny podczas balu, do którego dochodzi do napadu na carski pałac przez Rasputina i, nierozpoznana przez nikogo, trafia do sierocińca. Przedtem dostaje od babki, Marii Fiodorownej Romanowej naszyjnik z sercem, który towarzyszy jej do końca historii. Prawdziwa historia zaczyna się 10 lat po tych wydarzeniach, Anya opuszcza sierociniec, zupełnie zapomniawszy o swej historii na carskim dworze, nawet nie zdaje sobie sprawy, kim jest, i że cały Petersburg szepce, iż ona żyje. Przypadek sprawia, że spotyka Dymitra i Wołodię, dwójkę ludzi, którzy szukają dziewczyny jak najbardziej podobnej do młodej Romanównej, gdyż Maria wyznaczyła nagrodę dla tego, kto znajdzie jej ukochaną wnuczkę - z czego z czasem się wycofuje, zmęczona ciągłymi oszustami.  <br />
Jak zakończy się ta historia? Przekonajcie się sami. :) <br />
 <br />
Najbardziej znana piosenka z tego filmu to <a href="http://www.youtube.com/watch?v=q6A-gJqq-pI" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">"Once upon a december".</a> <br />
 <br />
Ktoś może kojarzy, oglądał? Dość piękna bajka, choć może niezbyt znana w Polsce. Dodam od siebie, że ja uwielbiam rosyjską wersję, choć w całości nie miałam okazji obejrzeć. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Chyba jedna z bardziej znanych animowanych bajek niebędących dziełami Disneya i DreamWorks. Wyprodukowana przez 20th Century Fox. <br />
 <br />
Historia czerpie z prawdziwych wydarzeń, opowiada o sierocie Anyi, która okazuje się być ocalałą Anastazją Nikołajeczówną Romanową, rzekomo ocalałą podczas mordu na rodzinie carskiej w czasie rewolucji październikowej. Niemniej, że to bajka dla dzieci - przekłamania muszą być, carska rodzina przeżywa. :)  <br />
Akcja zaczyna się w czasie rewolucji lutowej, gdzie Anya zostaje oddzielona przypadkowo od swojej rodziny podczas balu, do którego dochodzi do napadu na carski pałac przez Rasputina i, nierozpoznana przez nikogo, trafia do sierocińca. Przedtem dostaje od babki, Marii Fiodorownej Romanowej naszyjnik z sercem, który towarzyszy jej do końca historii. Prawdziwa historia zaczyna się 10 lat po tych wydarzeniach, Anya opuszcza sierociniec, zupełnie zapomniawszy o swej historii na carskim dworze, nawet nie zdaje sobie sprawy, kim jest, i że cały Petersburg szepce, iż ona żyje. Przypadek sprawia, że spotyka Dymitra i Wołodię, dwójkę ludzi, którzy szukają dziewczyny jak najbardziej podobnej do młodej Romanównej, gdyż Maria wyznaczyła nagrodę dla tego, kto znajdzie jej ukochaną wnuczkę - z czego z czasem się wycofuje, zmęczona ciągłymi oszustami.  <br />
Jak zakończy się ta historia? Przekonajcie się sami. :) <br />
 <br />
Najbardziej znana piosenka z tego filmu to <a href="http://www.youtube.com/watch?v=q6A-gJqq-pI" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">"Once upon a december".</a> <br />
 <br />
Ktoś może kojarzy, oglądał? Dość piękna bajka, choć może niezbyt znana w Polsce. Dodam od siebie, że ja uwielbiam rosyjską wersję, choć w całości nie miałam okazji obejrzeć. ]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wszystkie psy idą do nieba]]></title>
			<link>//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=936</link>
			<pubDate>Wed, 29 Jan 2014 23:43:05 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">//pbf.krollew.pl/showthread.php?tid=936</guid>
			<description><![CDATA[Jedna z moich ulubionych (jeśli nie ulubiona) niedisneyowskich animacji.  <br />
W sobotę jeszcze raz obejrzałam obie części i jestem pod wrażeniem. W tamten weekend obejrzałam sporo filmów, ale te najbardziej do mnie przemówiły. <br />
 <br />
Bohaterowie mają swoje charaktery, nie są mdłe i jednolite. Ciekawym zabiegiem jest sama postać Charliego - jak to ujął jeden z komentujących na filmwebie, to jest typowy antybohater. Bo jakie on ma zalety? Poczucie humoru, podejście do dzieci (szczeniaki), ręka (łapa?) do interesów? To są talenty, a nie cechy, które świadczyłyby o jego dobrej woli! On jest kompletnym egoistą i ma szczęście, bo jest sprawny, lubiany i ma energię do tego wszystkiego. Znajdźcie mi drugą pełnometrażówkę z takim głównym bohaterem... <br />
Apsik też jest fenomenalny - widać jego przywiązanie do przyjaciela, ale i tak czasem jest na niego zły, kłóci się z nim, nie daje sobą pomiatać przez całe dwa filmy. <br />
No i Anne-Marie. To jest dziecko! Nie żadna nastolatko-dorosła, do czego przyzwyczaił nas Disney, tylko dziecko - trochę pokręcone, bo wychowywane przez psy-hazardzistów, jednak wciąż zachowujące się jak mała dziewczynka. <br />
Czarny charakter też rządzi. Zauważcie, że Charlie przez większą część obu części traktuje go jak dobrego kompana... Chociaż akurat w drugiej utracił tę swoją ikrę na rzecz, eee, nie pamiętam, jak mu tam było. <br />
Odbiegając od postaci, sama fabuła jest chaotyczna (w drugiej części mniej), ale to też nadaje jej oryginalność, czyż nie? <br />
I piosenki. Uwielbiam piosenki. Większość wpada w ucho. Niektóre są ładne, pozostałe mnie śmieszą, ale w pozytywnym sensie. <br />
 <br />
Dobra, nagadałam się. Jeśli ktoś przebrnął przez moją paplaninę, to składam gratulacje. ]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jedna z moich ulubionych (jeśli nie ulubiona) niedisneyowskich animacji.  <br />
W sobotę jeszcze raz obejrzałam obie części i jestem pod wrażeniem. W tamten weekend obejrzałam sporo filmów, ale te najbardziej do mnie przemówiły. <br />
 <br />
Bohaterowie mają swoje charaktery, nie są mdłe i jednolite. Ciekawym zabiegiem jest sama postać Charliego - jak to ujął jeden z komentujących na filmwebie, to jest typowy antybohater. Bo jakie on ma zalety? Poczucie humoru, podejście do dzieci (szczeniaki), ręka (łapa?) do interesów? To są talenty, a nie cechy, które świadczyłyby o jego dobrej woli! On jest kompletnym egoistą i ma szczęście, bo jest sprawny, lubiany i ma energię do tego wszystkiego. Znajdźcie mi drugą pełnometrażówkę z takim głównym bohaterem... <br />
Apsik też jest fenomenalny - widać jego przywiązanie do przyjaciela, ale i tak czasem jest na niego zły, kłóci się z nim, nie daje sobą pomiatać przez całe dwa filmy. <br />
No i Anne-Marie. To jest dziecko! Nie żadna nastolatko-dorosła, do czego przyzwyczaił nas Disney, tylko dziecko - trochę pokręcone, bo wychowywane przez psy-hazardzistów, jednak wciąż zachowujące się jak mała dziewczynka. <br />
Czarny charakter też rządzi. Zauważcie, że Charlie przez większą część obu części traktuje go jak dobrego kompana... Chociaż akurat w drugiej utracił tę swoją ikrę na rzecz, eee, nie pamiętam, jak mu tam było. <br />
Odbiegając od postaci, sama fabuła jest chaotyczna (w drugiej części mniej), ale to też nadaje jej oryginalność, czyż nie? <br />
I piosenki. Uwielbiam piosenki. Większość wpada w ucho. Niektóre są ładne, pozostałe mnie śmieszą, ale w pozytywnym sensie. <br />
 <br />
Dobra, nagadałam się. Jeśli ktoś przebrnął przez moją paplaninę, to składam gratulacje. ]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>